Tajlandia - Grudzień 2012
Koh Tao, Koh Phangan


Wyspiarski relaks, aparat relaksuje się w 'safety box'. Ja relaksuje się na skuterach, czytając na plaży, 20 metrów pod wodą w stroju nurka i zaraz pod powierzchnią z fajką i rurką, na knajpianej poduszce zajadając grillowanego red snapper'a, pijąc drinka z plastykowego wiaderka, wciskana w materac dłońmi masażystki, tańcząc wymalowana fluorescencyjną farbą w środku dżungli na full moon party (chociaż to nie bardzo moje dźwięki)... itp itd

Teoretycznie dużo tego relaksu i powinni starczyć na jakiś czas po powrocie ale szybko się wyczerpał. Na szczęście już za rogiem podróż wymarzona...




home dirty home



pies rybaka mazura z mazur



efekt hamaka sznurkowego - baleron czy szyneczka?



jak jest?



prawie wszyscy part one



prawie wszyscy part two



ukamienowanie



knock loud I'm home



zawisak





Tajlandia - Grudzień 2012
Bangkok


Muay Thai urósł do rangi sport narodowego Tajlandii ale nie do końca wiadomo gdzie właściwie się narodził. Równie długo znany jest w wielu innych krajach Azji południowej - w Wietnamie "Vo Tu Do", w Birmie "Muay Burma", w Malezji "Tomoi" i w Kambodży "Pradal Serey". Historia tajskiego boksu jest tak mglista, że każdy z krajów uzurpuję sobie pierwszeństwo. Muay Thai stosowany był (i w pewnym stopniu nadal jest) w celach militarnych i, jak głosi jedna z historii/legend, niósł więcej spustoszenia niż walka z użyciem broni. Dzisiaj nadal szkoli się tajskich żołnierzy tak, aby mogli go wykorzystać jeśli broń zawiedzie lub jej zabraknie. Boks tajski zwany jest "sztuką 8 punktów ciała", które to 8 punktów zawodnik atakuje pięściami, łokciami, kolanami oraz nogami. Jego dzisiejsza forma odbiega mocno od Muay Boran, z którego się wywodzi. Z powodu dużej urazowości (a nawet licznych przypadków śmiertelnych) usunięto niektóre dozwolone elementy walki takie jak ciosy głowę, rzuty, kopnięcia w krocze oraz elementy ubioru takie jak owijacze na ręce (niekiedy dodatkowo udoskonalone potłuczonym szkłem). Następnym krokiem było wprowadzenie metalowych ochraniaczy na krocze, w zamian za te wykonane z kory lub muszli, i skórzanych rękawic bokserskich, które wymusiły używanie pewnych dodatkowych technik zachodnioeuropejskiego boksu. Nadal pozostało jednak kilka elementów tradycyjnych. Najważniejszym jest taniec Wai Kru, którym każdy z zawodników wyraża swoją wdzięczność i szacunek dla trenera, przeciwnika i widzów.

Zainteresowanych dodatkowymi informacjami odsyłam od strony polskiego zrzeszenia Muay Thai.

Walki Muay Thai wiążą się również z pewną formą hazardu. Z naszego punktu widzenia, bardzo chaotyczne i głośne zakłady, o całkiem niemałe pieniądze trwają przez całą walkę. Mogę się niestety tylko domyślać na czym polegają. Jedno jest pewne - są głośne, pełne emocji i zaangażowania.

Sztuki walki nigdy mnie nie fascynowały, moja mama oglądająca boks w telewizji zawsze dziwiła i nie przewiduję w tej kwestii wielkich zmian. Krwawe ciosy w głowę wymieniane między chudziutkimi, i niejednokrotnie sympatycznymi/przestraszonymi, nastolatkami nie są dla mnie czymś co nazwałabym rozrywką. Może spektakl w 5 aktach nie kończy się śmiercią jednego z zawodników (jak filipińskie walki kogutów) ale wywołał we mnie bardzo podobne odczucia. Nie żałuję, że miałam okazję zobaczyć starcia kilku zawodników na ringu. W końcu każdy element kultury kraju, który odwiedzam warto jest poznać, ale nie sądzę, żebym jeszcze kiedyś znalazła się na widowni.






































































































Tajlandia - Grudzień 2012
Bangkok


Stolica Królestwa Tajlandii wita. Po raz kolejny to samo gorące i wilgotne miasto. Nihil novi. Było jak jest. Jest jak było. Niby wszystko po staremu, a jednak jakoś inaczej. Chińska dzielnica w środku dnia pustoszeje zostawiając na posterunku jedynie przy-(czy raczej na)-drożne knajpki z owocami morza. Na Khaosan Road kumka coraz mniej drewnianych żab, bary zastępują małe plastykowe zydelki krzesłami z prawdziwego zdarzenia. Zapachy (te miłe dla nosa i te nieco mniej) jakby straciły na intensywności. Turystów więcej i jakoś gwałtownie odmłodnieli...albo ja się postarzałam. Może przytępiły mi się zmysły albo ta sama orientalna potrawa z każdym kolejnym razem traci na wyrazistości bo przestaje zaskakiwać? Chciałabym przeżywać Bangkok tak intensywnie jak kiedyś ale już chyba nie potrafię. Sprawę ratuje pad Thai nadal dokładnie tak samo smaczny i niezmiennie przyjemny masaż łączący rozkosz i ostry, momentami, ból. Miasto męczy, ogłusza, otępia, wyciska z mieszkańców ostatnie poty, wyżyma jak mokrą szmatkę, a ja cieszę, się że tu wróciłam bo czerpię z tego, niezrozumiałą dla siebie, przyjemność. Może to świadomość, że jeszcze chwilę, jeszcze moment i będę na zmywać z siebie lepki osad stolicy w morzu.

Wyjazd pod znakiem relaksu, spokoju, unikania nadmiernego przemieszczania się i braku pośmiechu. Nawet aparat relaksuje się i zdecydowaną większość wyjazdu spędza w 'sejfach' (drewnianych skrzyneczkach zamykanych na własną kłódkę). Tym razem pooglądam to wszystko na własne oczy, bezpośrednio, bez warstwy soczewek po drodze. Jeśli już pstryka migawka to bardziej poglądowo niż jakkolwiek inaczej.




hala ka ukulele
[7 rano na Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



bumpy ride
tuk tuk



nie zaczepiaj mnie bo powiem mamie
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



na sznurek, gumę do żucia i słowo honoru
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



regulamin tłoczni win
[przewiewne wnętrze tuk tuk'a]



ament
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



"Imagine all the people living life in peace"
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



no need to rush
[chinatown]



na zmywaku
[zaplecze mini restauracji na chodniku]



street/sea food
[chinatown]



nie wszystko złoto co się świeci
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



REBUS T = S
[przewoźnik autokarowy]



ze mną sie nie potargujesz??
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



Pad Thai w przygotowaniu
[Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



up & down
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



z dwururki
[podróże tuk tuk'iem]



latający spodek
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



Z cyklu 'Trudne Decyzje'
Harvard czy Yale
[stoisko na Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



Z cyklu 'Trudne Decyzje'
chang czy bucket?
[wieczór na Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



mnóstwo pyszne
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



piwo cierpliwe jest
[zbieracz datków na Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



pod kolor barierki
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



banan, pomelo czy wpierdol?
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



drop it!
[chinatown]



od mikołaja oszkrabiny z mango
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



granat ręczny
[chinatown]



embouteillage
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



masz coś za uszami
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



bambusowy cyckonosz naścienny
[targ amuletów]



także tego
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



chicken chicken cheap cheap
[chinatown]



fryzjer uliczny tymczasowy
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



w zdrowym ciele zdrowy duch
[targ amuletów]



przekupna przekupka
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



wrong direction
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



zupa z trupa
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]




18- 19 listopada 2011
Boracay -> Caticlan -> Manila -> Clark -> Hongkong -> Moskwa -> Warszawa -> Gliwice


Wstaję na lekkim kacu. Dociera do mnie, że to koniec, że nikt mi nawet nie pomacha na pożegnanie. Zostawiam za sobą wyspę tak jakby mnie tu nigdy nie było. Ona zmieniła nieco mnie, ja nie zmieniłam jaj ani odrobinkę. I dobrze.

Tricyklowa podróż do portu dłuży się okrutnie. W głowie wspomnienia entuzjazmju i niecierpliwości, które towarzyszyły mi poprzednim razem kiedy pokonywałam tą sama trasę. Nie ma entuzjazmu, jest żal, że to już koniec, że wracam do szarej rzeczywistości, do miasta, które na wszelkie sposoby chce mi udowodnić, że jestem sama. Wracam do monotonnych wieczór kończących się zawsze w tej samej knapie. Przed depresją ratuje mnie jedynie świadomość bliskości następnej podróży. W końcu styczeń już blisko. Z letargu wyrywa mnie seria portowych procedur i opłat.

Na pokładzie statku rozglądam się po współ podróżujących. Nie ma ani jednej bladej twarzy. Łódka przybija do brzegu, za 50 PHP tricyklowy bilet na lotnisko w Caticlan. Czekają mnie tu dwie niespodzianki jedna miła, druga mniej. Limit kg bagażu na moim locie wynosi 10, przekraczam go o kolejne 10, to wykroczenie będzie mnie kosztować 1500PHP. Nie mam oczywiście ze sobą takiej kwoty więc celnik prowadzi mnie do najbliższego bankomatu. Wracamy na terminal wciskając się wszędzie bocznymi drzwiami, nikt na to nie zwraca uwagi, to najwyraźniej zupełnie normalne. Miła niespodzianka – mogę polecieć wcześniejszym lotem. Nie mam zbyt wiele czasu na przedostanie się ze stolicy do Clark więc każda dodatkowa godzina mnie cieszy.

Ląduję w Manili, muszę dostać się do Clark. Na lotnisku łapię taksówkę. Kierowca tak przejmuje się moją podróżą, że całą drogę upewnia się przez krótkofalówkę, z którego dworca odjeżdża najbliższy autobus do miasta burdeli. Mam za dużo czasu, mam za mało siły, żeby nosić choćby chwilkę dłużej 20 kg na plecach. Plecak zostawiam w dworcowej poczekalni i maszeruję do najbliższego punktu oferującego coś co mogłabym przyjąć na śniadanie, na które do tej pory nie miałam czasu. Niestety jest to jollibee czyli fastfood w filipińskim rozumieniu tego słowa. Do picia podają mi sprite'a z dosypanym różowym proszkiem o smaku arbuza i gałką lodów. Do jedzenia zupełnie niejadalne frytki i nieco bardziej jadalną kanapkę. Wolałabym miećl lepsze wspomnienia ostatniego posiłku na filipińskiej ziemi. Nie wiem jak podróżni orientują się, ze autobus stojący tuż za szybą poczekalni jest im przeznaczony. Ani numery na bilecie i autobusie sobie nie odpowiadają, ani rozkładowe i faktycznie godziny odjazdu. Co jakiś czas wychylam się po prostu i pytam pierwszego lepszego przechodnia czy nie wie, czy któryś z tych autobusów nie jedzie do Clark. W końcu dostaję odpowiedź twierdzącą więc pakuję się do środka wskazanego pojazdu. Za 450PHP i 2 godziny jestem na miejscu. Lotnisko-barak w Clark. Nad wejściem migoczą złowrogo czerwone kropki. Staję w kolejce do wejścia, prezentuję bilet i dokumenty. Po 45 minutach stoję pod tablicą z odlotami i zdecydowanie zbyt długo gapię się w czerwone migoczące napisy. Flight to Hong Kong is canceled. Na zewnątrz budynku jest podobno biuro linii lotniczych Tiger, którymi miałam lecieć. Dopiero po 10 minutach mojego przechadzania się tam i z powrotem przed okienkiem pojawia się uśmiechnięta Filipinka. Zmienia rezerwacę na najbliższy możliwy termin – jutrzejszy wczesny ranek. Jeśli tym razem samolotu nie dopadnie ‘technical problem’ powinnam zdążyć na przesiadkę. Miałam w Hongkongu spać, zrobić urodzinowe zakupy dla Justynki, miałam znowu najeść się pierożków Wonton tymczasem w mieście drapaczy chmur spędzę całe 1,5 godziny. Niewiele, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, ze loty nie są ze sobą skomunikowane więc muszę, wyrobić sobie wizę (nawet jeśli to 40 minut spędzonych na lotnisku), odebrać i ponownie nadać bagaż, przejść kontrolę paszportową i osobistą, znaleźć bramkę… mały poślizg tu czy tam i do domu nie dolecę bo na kupno nowego biletu na samolot póki co mnie nie stać.

Siadam na ławce, na ziemi kładę plecak. Nikogo i niczego nie ma, pustki. Tyle czasu spędziłam na załatwianiu formalności związanych z odwołanym lotem, że wszystkie autobusy zdążyły odjechać. Kursują tylko wtedy kiedy przylatuje samolot, co niestety oznacza, ze na następny kurs do miasta zdołam się załapać najwcześniej za kilka godzin. Analizuję sytuację, zupełnie spokojnie, sama siebie zadziwiam tym opanowaniem. Minę musze jednak mieć zmartwioną bo zaczepia mnie niejaki Rick, który żeby udowodnić mi swoją tożsamość, pokazuje mi amerykańskie prawo jazdy. Nie żebym jakoś specjalnie pragnęła je oglądać, mam wrażenie, że chodziło wyłącznie o to, żeby pochwalić się zagranicznym dokumentem i opowieścią o pobycie w stanach. Domyśla się, że takie opowieści robią tu na pewno spore wrażenie. Rick budzi kierowcę zaparkowanej nieopodal ciężarówki, negocjuje z nim cenę i wraca do mnie. Do dzielnicy gdzie ani kafejek internetowych ani tanich hosteli nie zabraknie docieram na pace ciężarówki taniej niż autobusem. Dostaję nawet numer Ricka na wypadek gdybym potrzebowała transportu w drugą stronę. Ponad godzinę spędzam na poszukiwaniach lepszych i w miarę dostępnych celowo lotów z Manili lub Clark do Hongkongu w kafejce z najwolniejszym internetem na świecie. W końcu czas się pogodzić z faktem, że niczego nie znajduję. Pozostaje mi trzymać kciuki za punktualność i bezusterkowość samolotu.

Po krótkich i nieudanych negocjacjach z ulicznym sprzedawcą pereł, kiedy już udało się ustalić, że ani podróbek zegarków ani sztucznych pereł kupować nie chcę zaczyna się normalna rozmowa. Chłopak pochodzi z Boracay więc gawędzimy o moim naszyjniku, ulubionych barach i miejscach. Kiedy wspominam, że szukam taniego noclegu zostawia swój kramik znajomemu i prowadzi mnie do pobliskiego budynku. Na jego schodach siedzi podstarzała kobieta w spódniczce w panterkę, blond włosach i czerwonej bluzeczce, skrzekliwym głosem proponuje na masaż. Towarzystwo na zewnątrz wróży, że w środku nie będzie wcale lepiej i faktycznie nie jest. Po klepisku kica królik. Mimo faktu, że na dworze jest jeszcze zupełnie jasno wewnątrz panują ciemności, poza drzwiami nie ma żadnego otworu wpuszczającego do środka światło. W cenniku pokoje na godziny. Bura od brudu pościel, brudne ściany, zacieki, grzyb syf, karaluchy wywołują u mnie lekki odruch wymiotny. Powtarzam sobie - to tylko jedna noc, pół nocy, kilka chwil, dasz radę, nie zastanawiaj się co na tym łóżku działo się wcześniej.

Żołądek przypomina, że od śniadania nic do niego nie wrzuciłam więc robię mały rekonesans pobliskich uliczek. Miasto jest podobno wyjątkowo niebezpieczne, dzielnica szemrana (bo pełna burdeli) więc nie odchodzę specjalnie daleko. Znajduję mała knajpę sympatycznego brytyjczyka i jego filipińskiej wesołej rodziny. Siedząc na stołku barowym, zjadając meat pie uzupełniam wpisy, piję piwo, oglądam film, czytam książkę. Obserwuję nocny klub po przeciwnej stronie ulicy. W drodze powrotnej zahaczam jeszcze o małą kawiarnię z londyńską budką telefoniczną wewnątrz i wracam spać.

Pobudka o 4. Pakuję manatki i w drogę. Miasto, mimo swojej nocnej sławy, jest puste. Jedyny tricyklowiec jakiego udało mi się zatrzymać tłumaczy, że nie wolno mu jechać na lotnisko. Muszę znaleźć taksówkę. Gdzie mam szukać – tego nie wiem więć idę przed siebie. Koło ogromnego placu zastawionego jeepneyami widać mały bar. Przy barze kilka osób sączy, zdecydowanie nie pierwsze tego wieczora, piwo. Mimo wszystko na pytanie o taksówkę reagują nad wyraz trzeźwo i bardzo pomocnie. Chwile kręcą się po placu zaglądając do kolejnych samochodów. W jednym znajdują kierowcę, którego udaje się obudzić. Negocjują cenę i już jadę, znowu zupełnie sama.

Tablica nad wejściem na lotnisku świeci dzisiaj na zielono. Póki co wszystko wygląda wspaniale. Zjadam odgrzewane w mikrofalówce bułki i parówki z lotniskowego całodobowego sklepu.

Hongkong. Wszystko biegiem. Nieustanne zerkam na zegarek. Kolejka do okienka wizowego - 40 minut czekania. Czasoprzestrzeń się zakrzywia bo zdążam nawet zamówić i zjeść zupę z makaronem i krewetkami. Bramka numer 22. Widać, że samolot leci do Rosji. Na nadgarstkach pobrzękują złote kety i zegarki, na nogach wzorki w panterkę ewentualnie różowy dres, pod nosem rozkwitają wąsy, na głowie blond kuce. Lecę, udało się! Koło mnie posziadaczka różoweg dresu wykupuje połowę artykułów z podniebnego butiku od tłustej kiełbasy (którą zresztą zaraz zjada) do biżuterii z kryształkami swarovskiego.

Moskwa, bieg z przeszkodami. Zdjemuję buta skacząc na jednej nodze. nie mam czasu! Wbiegam do samolotu. Udało się!

Warszawa. Ja doleciałam, plecak nie. Przed wejściem czekają na mnie znajome. Obiecały zabrać mnie ze sobą na wycieczkę na Śląsk, a ja przez wypełnianie druczków o zagubionym bagażu każę im czekać. Czekają cierpliwie, dzieki im wielkie za to bo inaczej zamarzłabym pewnikiem w lnaninych spodniach i crockash na jakimś polskim dworcu.

Gliwice. Zapach gołąbków.




10.01.2012



11 - 16 listopada 2011
Boracay



NazwaCenaOpis
Salido's place500 PHP za pokój z wiatrakiem
(1 PLN - 13.946 PHP)
Na nurkujących w Island Staff czekają zniżki


Dzień rozpoczynam od realizacji planu zdobycia certyfikatu PADI OWD. Poszukiwania szkoły nurkowania (Island Staff) okazują się być nad wyraz skuteczne bo przy okazji znajduję nocleg - Salido's Place będzie moim domem przez najbliższy tydzień. Przybytki łączy osoba właściciela – wiecznie nieobecnego Japończyka. Jego zastępcą, a mój instruktor Acos, proponuje całkiem przyjazną cenę za nocleg. Od dzisiaj będę więc spać w pokoju z wielkim bambusowym łóżkiem, własnym tarasem i sąsiadem w postaci Acosa, któremu zdarza się na wspomnianym wcześniej tarasie pojawiać o różnych porach dnia i nocy. Na każdy z 4 kursowych dni składa się jedno nurkowanie na płytkiej wodzie (ćwiczenia) i jedno pełnomorskie (DżizusKurwaJaPierdole), odcinek, lub dwa filmu szkoleniowego i krótki quiz pod jego koniec. Sezon jeszcze się nie rozpoczął więc jestem jedyną kursantką, oprócz mnie 4 osoby z obsługi - instruktor, chłopak noszący sprzęt na łódkę, kolejny odbierający i konserwujący sprzęt po naszym powrocie i jeszcze kapitan łódki dostarczającej nas na nurkowe spoty.

Dni spędzam nurkując, ucząc się teorii na plaży, pracując nad kolorytem skóry, czytając książkę i wreszcie pisząc egzamin (na własnym tarasie). Żywię się potrawami sprzedawanymi na ulicznych straganach. Na stragan składa się grill, kawałek bambusa z wbitymi weń patyczkami, na które nadziane są niewielkie porcje mięsa i podrobów. Staram się za każdym razem dokonać innego wyboru bo jest z czego wybierać - kurze jelita nadziewane bógWieCzym, serca, wieprzowa skóra, rybne kulki i cała masą innych patykowych przysmaków, których nie potrafię zidentyfikować. Sprzedawca kładzie wybrane kąski na grillu zapamiętale wachlując. Pozostaje nam tylko podjąć decyzję z jakim sosem chcemy skonsumować pyszności i już za kilka chwil można się zajadać. Przy odrobinie szczęścia, w porze lunchowej, trafić się możę darmowy posiłek w postaci świeżego kokosa. Wystarczy odpowiednio uważnie przyglądać się operacji ich zrywania, a jeden z owoców palmy wyląduje w naszych rękach. Pierwszy etap spożywania świeżego kokosa (buko) to wypicie kokosowego mleczka. Maczetą ścinany jest niewielki kawałek owocu tak, żeby otwór nie spowodował zbyt dużej utraty słodkiego płyny, a jednocześnie nie utrudniał picia. Kiedy kończy się część płynna odrąbuje się większy fragment skorupy. Górnej części można używać jak łopatki do oddzielania wilgotnego miąższu od twardego zewnętrza kokosa. Wszystko za jeden uśmiech.

Jest jednak jeden dzień inny od pozostałych bo całkowicie mokry. Jedyne dwie wycieczki poza własny pokój odbywam do pobliskiej knajpki, żeby zjeść i poczytać. Jest to możliwe tylko dlatego, że ogromny czarny parasol pożyczony z hostelu chroni mnie przed ulewą. Tu muszę uściślić co mam na myśli pisząc ulewa. Z nieba sypią się ogromne krople i nie przestają nawet na moment. Wszystkie dachy przeciekają, po ulicach, ścieżkach płyną rzeki. Na podwórku pod moim oknem znad tafli wody wystaje jedynie kamienny stolik i wierzch krzeseł. Resztę zalała woda. Po kilku godzinach padania jest jej dobre kilkanaście cm w każdym miejscu, z którego nie jest w stanie uciec. Deszcz robi tyle hałasu, że nie słyszę własnych myśli. Widoczność ogranicza się do 5m, dalej jest biała mokra ściana. Podstawianie pod kapiące dachy wiadra zapełniają się w 15 minut, stojące na plaży łódki są pełne wody po brzegi…
W taką pogodę na wyspie ciężko wymyślić sobie jakieś zajęcie więc trochę się nudzę i mam za dużo czasu na myślenie a to nigdy nie jest dobre. Zaczynam się martwić - wszystkie loty do Manili odwołane, do jutra albo umrę z nudów albo przegapię lot do Hongkongu…

To co odróżnia od siebie kolejne doby to wieczory. Jeden spędzam z zaprzyjaźnionym instruktorem Acosem, który zaprasza mnie brandy Emperador i kolację w towarzystwie wszystkich pracowników Salido’s Place. Jest całkiem smacznie, wesoło, szczególnie kiedy pochodzący z RPA, uśmiechnięty od ucha do ucha, jegomość, mimo braku umiejętności posługiwania się językiem angielskim (a raczej właśnie dlatego) jest zmuszany do służenia za tłumacza symultanicznego filipińsko-angielskiego. Jest wieczór-bis spędzony na dachu, z którego już raz gapiłam się w niebo, pełen opowieści o nietypowych zainteresowaniach, o księdze guinessa i rozlicznych problemach wynikających z kolekcjonowania żabich rekwizytów. Wieczór nie kończący się wcale na dachu, tam gdzie skończyć się powinien, ale w marnej dyskotece, do której zaciąga mnie Lin. Kolejny wieczór, który sponsoruje literka M. M jak masaż. Na jego wspomnienia, a w szczególności zaś masującego LadyBoya, kogoś będą przeszywały dreszcze, a mnie pojawiał się uśmiech na twarzy. Na deser kilka wieczorów w Tree house i okolicach. Caroline, której knajpiani grajkowie zaśpiewają ‘In my mind I’m gone to Carolina’ popłacze się ze wzruszenia. Bianka, w prezencie urodzinowym, dostanie pokaz tańców plemiennych. Piotr ogra Acosa w pokera. Daniel wychyli o jednego drinka urodzinowego za dużo i straci kontakt z rzeczywistością. Ja, w nagrodę za zdania egzaminu na piątkę w koronie, dostanę łapacz koszmarów. Camilo wszystkie oszczędności wyda na dokarmianie miejscowych dzieciaków. Jacob przegra ze mną konkurs jedzenia papryczek chili. Easy zakocha się w instruktorce nurkowania. Anna wykaże się niebywałą wyrozumiałością i prześpi noc na podłodze.

Ciekawostka. Okazuje się, że nie tylko nacje kojarzone z piciem dużych ilości alkoholu mają swoje drinking games. Trafiam na wieczór z jedną z nich. Wokół szklanki układa się okrąg z kart. Gracze kolejno wyciągają karty tak, żeby nie przerwać karcianego kręgu. Za to przewinienie grozi bowiem kara - wypicie własnego drinka do dna. Resztę zasad znajdziecie w tabelce poniżej:

KartaUżycieNazwa opis
AS w dowolym momencieAngry MooseOstatnia osoba, która podniesie do głowy rozstawione w rogi łosia dłonie pije.
2 od razu YouWyznaczasz pijącego.
3 od razu MePijesz Ty.
4 w dowolym momencie Freeze masterZastygasz. Kto ostatni pójdzie w Twoje ślady pije.
5 od razu GuysPiją panowie
6 od razu GirlsPiją panie
7 w dowolym momencie Thumb masterKładziesz kciuk na krawędzi stołu. Ostatnia osoba, która powtórzy Twój ruch pije.
8 od razu Pick a MateWybierz towarzysza. Towarzysz pije wtedy kiedy pijesz Ty.
9 od razu RhymeZaczynasz rymowankę. Każda kolejna osoba dokłada rymujący się wers. Pije ten kto nie znajdzie rymu lub powtórzy już wcześniej użyty wyraz.
10 od razu CategoriesWybierasz kategorię. Każda kolejna osoba wymawia słowo z wybranej kategorii. Pierwsza, która słowa nie znajdzie albo powtórzy już wcześniej użyte pije.
Walet w dowolym momencie Snake eyesKartę przyklejasz do czoła. Każda osoba, która spojrzy Ci w oczy pije. Karta jest ważna dopóki nie odklei się z czoła lub ktoś inny nie wylosuje waleta.
Dama w dowolym momencie Question masterKażdy kto odpowie na dowolne zadane przez Ciebie pytanie pije. Karta jest ważna dopóki ktoś inny nie wylosuje damy.
Królod razuMake a rule


King of Cup
Wymyśl regułę np. Pijemy prawą ręką. Każdy kto się do niej nie zastosuje pije. Reguły ważne są do końca rozgrywki.

Wszyscy uczestnicy dolewają swoje drinki do naczynia postawionego na środku kręgu z kart. Osoba, która wyciągnie ostatniego z czterech króli wypija całą zawartość naczynia.




Ciągle pada! Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu



game of thumbs



i niestraszna mi wichura ni ulewa



piwo biesiadne



nie wszystkie nudzą się w czasie deszczu



rozwalisz mi fryzurę



home sweet home



patyczaki



Now that it's raining more than ever



Emperador



zając poziomka



ta dżdża





8 - 10 listopada 2011
Boracay


Pobudka o 6:30. Pakowanie jak zwykle nie wychodzi mi ani sprawnie ani ekspresowo. Zostaje niewiele chwil więc sprawnie muszę wrzucić coś do żołądka – czas mam tylko na kawę i pół shake’a. Spotykamy się na środku drogi, wskakuję do tricykla, który zawozi nas do portu.

Znowu dach, tym razem łódki, pomalowany niebieską farbą. Farba nadmiernie lubi moją skórę i ubrania, wcale nie chce mnie opuścić. Looc Marine Sanctuary poza sezonem nie wygląda specjalnie zachęcająco. Nasz ‘sprzęt’ do snorklingu zresztą też nie. Niewiele widzę w zmętniałej wodzie, przeciekająca maska sytuacji nie poprawia. Urody rafy, jeśli tam jeszcze jest, podziwiać nie mogę. Ryby podziwiają za to oczy Majkiego, ochoczo próbując uszczknąć sobie po kawałeczku. Szczęśliwie maska staje im na drodze i nasz smacznooki bohater wzroku nie traci.

Hamburger i spaghetti - oni, pancit – ja. Po wyborze widać, kto zmęczył się już jednostajnością tutejszej kuchni.

Guinbirayan – port, chociaż to określenie nieco na wyrost. Jest plaża pełna dzieci w mundurkach. Jest jedna łódka. Mistrz negocjacji wraca z tarczą – mamy transport na wyspę Puro. Do celu dotrzemy za cenę paliwa. Pierwszy przystanek – mało przyjazna plaża z betonowym murkiem i właścicielem informującym, że nie możemy się tam zatrzymać. Łódkarzom uśmiech nie schodzi jednak z twarzy – ‘we go to other Puro’. Tym sposobem dowiadujemy się, że wysepek o tej nazwie jest więcej… albo pierwszy przystanek był wizytą u znajomych.

Puro, które nasza trójka miała na myśli jest dzikie i próżno szukać tam betonu. Przy plaży kilka bambusowych chatek. Już z daleka widać, że coś jest nie do końca tak jak być powinno. Polecane przez SłynnegoSąsiada miejsce jest od dawna opuszczone. Nad wejściem do bambusowego ‘resortu’ dynda fragment połamanego szyldu. Są nawet schody, dużo schodów, prowadzące donikąd i ich rogaty strażnik, który przepada za jabłkami. Jest już za późno, żeby płynąc dalej więc nie pozostaje nam nic innego jak zaprzyjaźnić się z tym miejscem. W opuszczonych domkach śmierdzi, materace zgniły, pająki z nudy rozwiesiły w nich ogromne sieci, toalety hmmm nawet nie będę wspominać. No to śpimy na plaży! Będziemy robinsonować. Leżaki przytargane na plażę będą pełnić role łóżek. Nie mamy co prawda wody, ale mamy dwa litry rumu i trochę coli. Trzeba jeszcze wykoncypować jak przyrządzimy zakupionego tuńczyka, w czym zrobimy sałatkę. Wyruszamy na zwiady. Metalowa balia śmierdząca benzyną doskonale nada się na sałatkową miseczkę. Trzeba ją tylko wyszorować piaskiem i wypłukać w słonej wodzie. Nasze przybycie przyciąga ciekawskich. Jest więc producent Tuby (sfermentowanego soku z kokosów) i jego żona, dzięki której zdobywamy patelnię i szklanki. Z dna plecaka wyciągam scyzoryk – można szatkować. Pojawia się nawet stół więc rozpoczynamy przygotowania do uczty. Rozpalamy ognisko ze wszystkich palnych roślinnych niespodzianek znalezionych na plaży, głównie fragmentów palm i gałęzi. Butelki rumu przyciągają kolejnych gości. Przybywa Jim i jego syn (nieustannie tytułowany son of Jim, jakby nie miał własnego imienia), którzy obiecali zając się jutrzejszym transportem. Zjawia się też wielka butelka białego, mętnego płynu i jej dumny właściciel. Podobno tuba najlepiej smakuje z rumem. Grzechem byłoby nie spróbować. Grzechem byłoby nie podzielić się ze wszystkimi, którzy ten wieczór postanowili spędzić z nami. Majki pichci tuńczyka osmalając zupełnie patelnię nad ogniskiem. Do ryby oprócz masy przypraw dolewa home made speciality – tuba (prawie jak wino). Ja kroję i szatkuję. Kolacji starczy dla wszystkich. Wręczamy papierowe talerze pełne sałatki z piaskiem i tuńczyka z tubą zgromadzonym. Możecie mi nie wierzyć albo nie ale to naprawdę było przesmaczne.

Kończą się trunki więc kończy się zabawa. Zostajemy sami. Pora na nocną kąpiel w towarzystwie wodnych węży i pełni księżyca. Jest nierealnie i zjawiskowo. Łódka zacumowana przy brzegu kusi duet świeżo upieczonych robinsonów. Jeszcze bardziej kusi maleńka wysepka położona w zasięgu wzroku. Wyruszają na podbój sąsiednich krain, ja niczym Hestia dbam, żeby ogień ciągle płonął. Nie żebym odkryła w sobie strażniczkę domowego ogniska, po prostu coś mi się wydaje, że bez świetlno-dymnych znaków dwóch śmiałków do ‘domu’ nie powróci. Przez prawie godzinę nie widzę i nie słyszę nic więc czas dłuży mi się okropnie. Po głowie powoli zaczynają mi chodzić nieprzyjemne scenariusze. Po prostu martwię się o tych dwojga. Dwójce miłośników przygód czas jednak wcale się nie dłuży. Łódka przecieka więc wyprawa okazała się bardziej emocjonująca niż się spodziewali. Zdobywcy wrócili! Dumni i bladzi. Ahoj przygodo!

Tropikalna wyspa, plaża, piasek pod stopami, szum fal, księżyc i gwiazdy, leżak, dogorywające ognisko – brzmi bajkowo, jest koszmarnie. Śpi się strasznie, jeśli w ogóle udaje się zmrużyć oko. Jesteśmy pod niesłabnącym ostrzałem chmary robali gryzących we wszystko w co się da. Nie pomaga nawet szczelne opatulenie się chustą. Na jednej stopie doliczyłam się 20 piekielnie swędzących ugryzień, które nie zeszły (i nie przestały swędzieć) przez następny tydzień. W mokrym stroju dygocąc z zimną, dając się pożreć żywcem, zastanawiam się jak z nocą radzi sobie pozostała dwójka. Po zniecierpliwionych westchnięciach i odgłosach drapania dobiegających z leżaków obok wnioskuję, że mniej więcej tak samo źle jak i ja. Majki, w nadziei, że mocniej rozpalone ognisko odgoni owady, wyrusza na poszukiwania palnych przedmiotów. Niewiele ich wokół nas już zostało więc wyprawa jest całkiem daleka. Michał znajduje nie tylko to czego szukał ale również mrowisko, wkładając do jego środka stopę. Niewygody nocy wynagradza nieco wschód słońca. Nie zmienia on jednak faktu, że z robinsonowania, na najbliższe kilka dni, jestem wyleczona.

O poranku, zgodnie z wczorajszymi ustaleniami, zjawia się Jim i syn Jimieg. Podrzucają nas z powrotem na wyspę Tablas, do Aglicay Beach Resort. Przybijamy do plaży, plaża jest zupełnie pusta. Strasznie już tęsknie za wodą więc modlę się, żeby ośrodek był mimo wszystko czynny. Jest, jesteśmy uratowani. Oprócz kilku osób z obsługi, schowanymi przed palącym słońcem, nie ma tu nikogo. Jesteśmy jedynymi gośćmi, cała plaża dla nas. Nie tylko plaża zresztą, stołu do ping-ponga, dwóch hamaków, stołu bilardowego, restauracji, boiska do siatkówki nie musimy dzielić z nikim. Wiemy, że dany nam właśnie widok na zatoczkę, plażę z białym piaskiem i wysokimi palmami, skałkami wystającymi z wody i jakąś kolejną wyspą na horyzoncie niejednego z siedzących właśnie w pracy rodaków przyprawiłby o palpitację serca. Piknie jest moi drodzy, sama sobie trochę zazdroszczę. Chłopcy kręcą więc film o ubogiej fabule (książka, piwo, hamak i plaża), który mógłby mieć tytuł – jak szybko wyprowadzić z równowagi wszystkich znajomych. Jeśli chcecie zobaczyć 6 minut huśtania się na hamaku to zapraszam tutaj. W ciągu spędzonej tu doby coś się zmienia i jest to zmiana, której nie rozumiem. Czy zaszła tylko w mojej głowie czy faktycznie istnieje? Czy coś zrobiłam czego robić nie powinnam czy tylko pierwsze i drugie wrażenia okazały się zbyt od siebie odległe. W każdym razie czuję się jakbym była trzecią osobą uczestniczącą w powtórnym miesiącu miodowym starego dobrego małżeństwa. Co tu dużo mówić, zazdroszczę im tej przyjaźni. Umiejętności gry w bilard zresztą też. Na tyle dużo tu miejsca, że każdy robi to na co ma ochotę nie wchodząc innym w drogę. Można snorkelować, czytać książki na hamaku, pić piwo w cieniu, pływać, opalać się, spać. Wieczór umiera zbyt młodo, mimo desperackich prób resuscytacji kładziemy się spać przed 20. Tak to już zwykle jest, albo jest możliwość ale brak chęci, albo chęci w nadmiarze ale możliwości nie ma. Jak to ktoś kiedyś napisał na mokrej szybie autobusu zaparkowanego pod słowacką billa – dupa blada.

Pora wracać. Morze nieco się rozszalało, co chwilę zalewa pokład i nasze ubrania kolejną falą. Znowu marznę, moja wielofunkcyjna szmatka (ręcznik plażowy, moskitiera, pareo, spódnica i sukienka w jednym) całkiem zamokła. Jarek pogromca fal siedzi na dziobie, ja dygocę nieco z tyłu. Łódka, którą płynęliśmy przez ostatnie 3 godziny nie ma zezwolenia na przypłynięcie do plaż Boracay więc na środku morza wykonujemy spektakularną przesiadkę na inną jednostkę pływającą.

Kawa u robinsonów, wskakuję w suche ciuchy i zostawiam ich samych sobie. Po raz pierwszy będę tu zupełnie sama. Przedostaję się do 'mojej' części wyspy. Odbieram plecak z Sundown Resort. Za nocleg, mimo, że tym razem zamiast dwójki chcę wynająć jednoosobowy pokój, dostaję wyższą cenę. Podstarzały właściciel (rasa aryjska) zdaje się robić mi ogromną łaskę, wynajmując mi pokój w swoim zupełnie pustym ośrodku. Dzisiaj już nie mam na to siły ani czasu, ale już wiem, że jutro się stąd wyprowadzam. Z dziennikiem podróży w torebce wyruszam na kolację do klimatycznego Tree House z muzyką na żywo. Na małej scenie na plaży dwóch miejscowych z jedną gitarą i jednym bębenkiem gra Stinga w wersji reggae. Siadam przy barze, chcę tylko uzupełnić wpisowe zaległości, najeść się, wypić jedno piwo i iść spać. Młody szwed zagląda mi przez ramię i pyta w jakim języku robię notatki. Kiedy opowiadam, że po polsku, siedzący po mojej lewej stronie chłopak wyrywa się z odrętwienia. ‘Cześć, jestem Piotr’. Piotr mieszka na wyspie od kilku lat i pierwszy raz spotkał na niej kogoś z Polski. Jest również nie pierwszej trzeźwości i niespecjalnie skutecznie trawi podawane mu informacje więc zadaje te same pytania kilka razy. Zbliża się północ, a ja mam pewne bardzo ważne obowiązki do spełnienia. Licząc 7 godzinną różnicę czasu, właśnie nastała idealna na nie pora. Dziękuję zakolczykowanemu tatuażyście zza baru za drinki, Piotrowi za towarzystwo i idę składać telefoniczne życzenia urodzinowe chrześniakowi.

Przez cały wyjazd napawałam się tym co działo się wokół mnie i w ogóle nie przychodziła mi ochota na sięganie po aparat (o dziwo). Poza tym, zazwyczaj moja ochota słabnie w zetknięciu z kimś, kto zdjęcia robi lepsze ode mnie. Te właśnie lepsze zdjcia i krótką relację z wyprawy możecie przeczytać tutaj.




w cieniu palmy



przygotowania do wojny



Kiedy wstałem w przedświcie



ukamienowany



saved by the bell



obserwacje z wysoka i z niska



puro czy puro?



Chyli Się Dzień Do Kresu



stare dobre małżeństwo



druga prędkość kosmiczna



nie będzie kolacji



budowniczowie chocolate hills



chłodne piwko w cieniu pić



pogromnca fal





6 -7 listopada 2011
Boracay


Lubię nie mieć planów, nie wiedzieć co będę robić wieczorem albo za dwa dni i jednocześnie mieć pewność, że nie będę się nudzić. Trzeba tylko wpaść w odwiedziny do odpowiednich ludzi. Im bardziej się nie będziecie czegoś spodziewać, tym bardziej to się będzie działo.

‘Jun gotuje kolację. Przyjdziesz?’

Czym sobie zasłużyłam na zaproszenie nie wiem. No to plan na wieczór mam – kolacja na tarasie. Gotuje Jun, jedzą – jego dzieci i żona, mieszkańcy domu i ich dziewczyny. Żołądki pęcznieją od paluszków rybnych, curry, makaronów obficie zalewanych piwem i rumem. Wszystko tak smaczne (a dawno smacznie nie było), że nie da się powstrzymać przed podjadaniem mimo, że uczucie głodu jest tylko mglistym wspomnieniem. Wspólne spożywanie trunków i jadła przechodzi płynnie w potańcówkę. Filipino disco miesza się z Bonobo. Skóra na stopach zmienia kolor na czarny – tańczymy boso. Kiedy sił witalnych na dalsze tańce brak, a noc nadal za piękna, żeby z niej rezygnować, impreza (razem z całym sprzętem grającym) przenosi się na dach. Przenoszenie, mimo spektakularnych poślizgów na mokrych płytkach, idzie całkiem sprawnie. O dziwo nikt niczego sobie nie połamał. Rum smakuje świetnie kiedy nad głową gonią się chmury, kiedy światło księżyca rzuca ostre cienie, kiedy szuka się swojej własnej galaktyki.
Pokonuje mnie powiew chłodnego wiatru. Niezbyt sucha i niezbyt biała spódniczka nie jest odpowiednią izolacją. Nie ma jak ciepłe łóżko! Zamykam oczy i myślę, że wieczór jest dokładnie taki jaki być powinien. Już wiem, że będę za nim tęsknić bo takie spotkania, taki księżyc, taki dach i takie towarzystwo trafiają się tak rzadko. Kiedy znowu spotkam kogoś z kim będzie można pogadać o kosmicznych ślimakach i podróżach między zbyt odległymi galaktykami?

Napawam się wieczorem, aparatu nie mam więc dokumentuję ktoś inny. Dżarka relację z przygotowań i ich skutków zobaczyć sobie można TU.

Miała być pobudka o 7 w celu zrealizowania planu wyspiarskiego. Miała być ale nie ma, w końcu jutro też jest dzień, nigdzie nie trzeba się spieszyć. Leniwie dojadamy, ciągle jeszcze smaczne, resztki. Krótka wizyta na plaży Puka, bezsmakowa zupa popijana shake’iem i trzeba się rozdzielić. Ja wracam do swoich przy okazji wykonując misję wiza (wizyta na Filipinach przekraczająca 21 dni kosztuje 3040PHP). Ostatni wspólny wieczór z Sylwią, Pawłem i Pauliną. Tu kończy się pewien wygodny etap wyjazdu i zaczyna kolejny, którego nieco się obawiam.


tańczymy


gapimy się w niebo






6 listopada 2011
Boracay


Jak w każdą niedzielę o godzinie 13 przy The Boracay Cockfighting Arena robi się tłoczno. Koguty pieją wściekle, te noszone przez właścicieli na rękach i te przywiązane sznurkami za nogi do drzew czy drewnianych budek. Zdaje się, że pierzaści gladiatorzy przeczuwają co ich dzisiaj czeka. Dumni właściciele głaszczą swoich podopiecznych po lśniących, wypielęgnowanych piórach. Może to dopiero ich pierwsza walka po kilkunastu miesiącach przygotowań?

Po małym ringu, wysypanym brązowym piachem, przechadza się wodzirej z mikrofonem. Jeszcze chwila i zacznie się kolejna walka - walka równego z równym bo kogucich przeciwników dobiera się pod względem masy. Przed starciem zwierzętom przycina się nieco pióra, żeby zwiększyć zwinność i ułatwić ocenę ewentualnych obrażeń, ostrzy dzioby i pazury (tu chyba nie trzeba tłumaczyć powodów). Nawet grzebienie są przycinane tak, żeby nie ograniczały widoczności.

PREZENTACJA
Koguty, trzymane w dłoniach właścicieli, zbliżane są do siebie kilkukrotnie łbami. Trzeba wzbudzić agresję zawodników żeby oszacować waleczność każdego z nich przed walką. W przypadku kogutów wrogość wobec innego samca, który zbliży się zbyt mocno, jest naturalną reakcją - nie trzeba więc zbyt wiele zachodu.

ZAKŁADY
Chcesz postawić 500PHP na koguta w lewym narożniku – bukmacher znajdzie na sali kogoś kto tę samą kwotę postawi na koguta po przeciwnej stronie ringu. Miłośnicy krwawego sportu nie siedzą, krzyczą, skaczą, wymachują rękami. Wyrzucane w górę dłonie pokazują kwoty zakładów. Mimo dziesiątek zakładów żaden z bukmacherów niczego nie notuje. Na ringu ostatnie przygotowania – zdjęcie osłony z długiego ostrza przywiązanego do lewej łapy każdego z kogutów.

WALKA
Sala cichnie. Hodowcy stawiają zawodników na ringu i odchodzą. Nie zawsze walka rozpoczyna się natychmiast, czasem potrzeba małej interwencji, żeby zainteresować przeciwników walką. Ptaki podlatują w górę mierząc w siebie stalowymi ostrzami. Cały krwawy spektakl trwa zaledwie kilka sekund, wyrwane w ferworze walki pióra opadają na arenę, na której leży już przegrany. Nieczęsto trafia się remis, nawet jeśli obydwa koguty nie przeżyją starcia – przegrywa ten, który wcześniej poddał się śmierci.

WYPŁATA
Ptaki, żywe czy nie, oddawane są w ręce właścicieli, a między składającymi zakłady fruwają zwinięte banknoty. Bez słowa, bez sprzeciwu mimo, że kwoty są niemałe. Agresywne są tutaj jedynie zwierzęta, ludzie są po prostu rozczarowani. Mężczyzna z miotełką czyści arenę z rozlanej krwi i piór. Już jest gotowa na następną walkę i wszystko zaczyna się od nowa. Prezentacja, zakłady, walka, śmierć i pieniądze.

DR CHICKEN
Przed areną twarze, które wiedzą, że zabawa już skończona, tłoczą się przy drewnianej ławce. Mężczyzna z ceratą na kolanach zdejmuje ze stosu zakrwawionych, ale wciąż żywych, zwierząt kolejny okaz. Badawczym okiem sprawdza czy da się coś jeszcze dla delikwenta zrobić czy też jego następnym wcieleniem jest potrawka. Wprawną, i bardzo zakrwawioną, ręką zszywa rozprute brzuchy, poharatane łby. Uśmiecha się, przeciera czerwoną dłonią spocone czoło, jest dumny z tego co robi.



Walki kogutów są zupełnie legalnym (w specjalnie wyznaczonych do tego przez rząd miejscach) i bardzo popularnym ‘sportem’ na Filipinach. Nie są przeznaczone dla ludzi o słabych nerwach, kobiet (oprócz kilku turystek) na arenie praktycznie nie ma. Oprócz niewielkich coniedzielnych lokalnych zawodów organizowane są tutaj też ogółnokrajowe mistrzostwa, gdzie wygrane mogą sięgać 250,000 PHP. Trudno powiedieć jakiej wysokości siegają kwoty zakładów w przypadku lokalnych rozgrywek. Widzę, przekazywane z rąk do rąk, wygrane mocno przekraczają 1000PHP. Taka wygrana to ponad 80PLN co, na tamtejsze warunki, jest całkiem sporą sumą ale czy to nietypowo niski czy nietypowo wysoki zakład nie mam pojęcia.

Nie chcę oceniać czy tego rodzaju rozrywka jest zbyt okrutna czy godna potępienia, czy powinno się jej zabronić, a może nie powinna ona stanowić atrakcji turystycznej. Chciałabym żebyście spojrzeli na to z nieco innej perspektywy. Walki kogutów to jeden z niewielu przejawów filipińskiej kultury, której ani Amerykanom ani Hiszpanom nie udało się stłamsić. Są czymś autentycznym, czymś co udało się ocalić i mimo, że patrzenie na wykrwawiające się zwierzęta przyjemne nie jest, nie żałuję, że tak właśnie spędziłam niedzielne popołudnie.

Lampa błyskowa umarła trzeciego dnia wyjazdu. Nie wiem zresztą czy jej użycie w trakcie walk w ogóle byłoby dozwolone. Koguci ring znajdował się za szybą nie grzeszącą czystością, a ja nie miałam odwagi stanąć przy samym ringu stąd zdjęcia jakie są takie są… Jeśli macie ochotę zobaczyć naprawdę niezwykłe ujęcia z walk kogutów zapraszam na do galerii z bloga Tomasza Mateusiaka (cały foto-blog pełen zdjęć z podróży po filipinach jest godny polecenia - więc tu klikajcie




raz, dwa, trzy, cztery, pięć - nie żyjesz



liczenie na palcach



po drugiej stronie szyby



krzykacz



damksi kącik



miny pokerzysty uczymy się od mistrza



pierwsze starcie



akcje i obserwacje - czynnie i biernie



surprise you're dead



długo jeszcze???



I've get a kick out of you



ile?



porządkowy



ostatnie poprawki



ile widzisz palców?



rosół czy szwy



mój kogut jest lepszy



He wears a green bandana



hey ya, hey ya



z błyskiem w oku



koniec i początek



coca cola jest wszędzie



wait for it



pełen luz



cool hat bro



portret rodzinny z kogutem w tle



spacerkiem





3 – 5 listopada 2011
Bacolod (Negros) -> Iloilo (Panay) -> Caticlan (Panay) -> Boracay


Prom do Iloilo 350PHP. Taksówka na dworze autobusowy 150 PHP. 350PHP za autobus do Caticlan. Jest wieczór, wbrew temu co twierdzi przewodnik udaje nam się złapać prom na Boracay. Pływają do 10 wieczorem z godzinną częstotliwością.

Tu w moim dzienniku podróży pojawia się notatka:

Filipiny i ja - zachowujemy wobec siebie obojętny dystans. Czasem do mnie machają żeby za chwilę szarpnąć za ubranie. Ja się czasem do nich uśmiecham, czasem obdarzam grymasem rozczarowania. Nie weszły mi pod skórę, nie krążą w krwioobiegu. Doświadczam ich najbardziej autentycznych momentów zza okna autobusu, a przecież nie tak powinno być. Chciałabym wysiąść, przyjrzeć się z bliska ale autobus pędzi dalej, a ja nawet nie pamiętam co tak bardzo mnie przed chwilą zafascynowało. One nie rozpieszczają mnie kulinarnie, ja nie rozpieszczam ich fotograficznie bo nie do końca wiem czemu i komu miałabym tu robić zdjęcia. Mało tu zadziwiających chwil, nietypowych, zwalających z nóg… a może po prostu za szybko zmieniam jedno miasto na drugie, wyspę na kolejną wyspę i przegapiam to co one podstawiają mi pod nos? Nieustannie męczę je porównaniami z poprzednimi azjatyckimi romansami. W tak doborowym towarzystwie zdają się być po prostu zwyczajnie. A może to moja wina? Może już się po prostu przyzwyczaiłam? Może tak już będzie za każdym następnym razem? Z sentymentem wspominam Indie i ich natarczywe wdzieranie się w każdą chwilę, w każdy skrawek ubrania, w każdy oddech... trochę mi tej natarczywości brak, a przecież bardzo mnie wtedy męczyła.

Boracay (i tak już zostanie przez najbliższe 13 dni!!)


NazwaCenaWizytówka
Sundown Resort
600 PHP za dwójkę z wiatrakiem
(1 PLN - 13.946 PHP)
Sundown resort




Ostatni środek transportu - tricykl do poleconego nam przez chyba-już-tubylca-jarka Sundown Resort przy Station 3 znajdującej się na południowym końcu white beach. Bambusowe chatynki w spokojnej okolicy. Blisko wszystkiego czego do szczęścia nam potrzeba - plaży i najsympatyczniejszych plażowych barów – tree house i red pirates. Kiedy pomyślę, że przez następne 13 dni nie muszę się pakować (to okaże się nieprawdą, ale nie wyprzedzajmy faktów), myśleć o jutrze i godzinach odjazdów autobusów czy promów, 5 rano zamiast porą pobudki stanie się godziną końca wieczoru ogarnia mnie euforia. Jestem w domu! Jestem u siebie! Wszyscy się za tym podróżniczym ustatkowaniem stęskniliśmy. Może narzuciliśmy sobie zbyt duże tempo? Zaledwie jeden czy dwa razy spaliśmy w tych samych łóżkach dłużej niż jedną noc. Teraz w końcu można przestać się spieszyć i zastanawiać gdzie i o której jutro jechać/płynąć.

Całodzienna podróż nieco nas wykończyła ale nie zmarnujemy przecież pierwszego wieczoru. Trzeba tylko z siebie cały ten lokomocyjny dzień zmyć pod prysznicem. Na tarasie zjawiają się mieszkańcy wyspy w postaci Jarka i Michała. Ostatni raz widzieliśmy się w Chałupach. Kto by pomyślał, że kolejne spotkanie zdarzy się właśnie tutaj, tak bardzo daleko od domu. Dajemy się grzecznie zaprowadzić na kolację do jednej z knajp oferujących open buffet. W końcu jest turystycznie tłoczno, może momentami nieco za bardzo, ale jest. Są ludzie, są knajpy, są jakieś inne twarze poza tymi trzema, które oglądałam przez zeszłe dwa tygodnie. Piwko na plaży? Tak, zasłużyłam!

Kilka kolejnych dni rozkoszujemy się nic nie robieniem, plażowaniem, widokami, masażami, niewiarygodnymi odcieniami wody, śniadaniami i kolacjami przy plaży. Bywam razem, bywam osobno. Czasem spaceruję 45 minut po plaży, czasem jadam dziękczynne kolacje w spiders bar, czasem staram się rozszyfrowywać myśli siedzącego po drugiej stronie stołu (do dzisiaj mi się to nie udało), czasem wracam o 3 rano przejmując tricykla i jego niezbyt trzeźwego kierowcę, czasem witam się na pożegnanie z tymi, którzy zgubili nieswoje japonki albo ze słynnymi sąsiadami, którzy tego powitania i tak nie zapamiętają. Czas mija, ja stoję w miejscu. W końcu nigdzie mu się nie spieszy, a jeśli nawet czasem gdzieś zmierza nieco szybciej, to czuję, że w dobrym kierunku więc mu na to pozwalam. Napawam się i staram nie zastanawiać zbyt wiele nad tym ile w tym wszystkim sensu i jak mało to wszystko realne. Nawet jeśli to wszystko mi się tylko śni to nie zamierzam się wcale budzić!



Jeszcze się tam żagiel... niebieszczy?



W deszczówce moczą nogi zmęczone cienie chudych psów



aleja śmieciowa



absolwenci mechaniki i budowy maszyn?



cisza przed



gwiżdże na deszcz



podarte na strzępy



piłkarze



nury



the roof is on fire





1 - 2 Listopada 2011
Tagbilaran –> Dumagette –> Bacolod


Tagbilaran

W Polsce problematyczna jest dla mnie nawet pobudka o 8 rano. Jestem zdecydowanie nocnym zwierzęciem. Żeby nieco uspokoić sumienie stworzyłam teorię o urodzeniu się w nieprawidłowej strefie czasowej. Filipińskie delfiny chyba po prosti nie znają się na zegarku bo ich extremalnie poranne pobudki zmuszają nas do wstania o 4:30. Myli się ten komu wydaje się, że o tej porze jest cicho i spokojnie. Na morzu unosi się już kilkanaście stateczków, wszystkie pełne wypatrywaczy. Stado delfinów, składające się z kilkunastu osobników, wynurza się tylko na kilka chwil co parę minut. Kilka niewielkich wyskoków dla zaczerpnięcia powietrza i wszystkie, zgodnie, znikają pod powierzchnią. Natychmiastowym skutkiem takiego pokazu jest ryk silników wszystkich zgromadzonych w okolicy łódek. Na pełnych obrotach pędzą w kierunku miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą widać było delfinie płetwy. Tymczasem delfinów brak. Silniki gasną, wszyscy zastygają, oczekują. Stado wynurza się ponownie, w zupełnie innym miejscu, więc sytuacja się powtarza. Ryk silników, płetwy chowają się pod wodę, silniki gasną i znowu czekanie. Jeśli jakimś cudem Wasza łódka zatrzyma się odpowiednio blisko miejsca wynurzenia delfinów przewodnik uzna ten etap wyprawy za zakończony i popłyniecie spokojnie dalej. Hałas silników zostawicie za plecami.

Moje wyobrażenia o tym jak powinien wyglądać island hopping nie zgadzają się z rzeczywistością. Wysadzeni na niewielkiej 'bezludnej' wyspie nie czujemy się wcale odosobnieni. Przy jej brzegach zacumowało całe mnóstwo innych łodzi, na plaży tymczasowe bary i sklepiki oferujące perły i zimne piwo. Niski poziom wody i ekstremalnie natarczywe słońce sprawiają, że przybrzeżne wodorosty przechodzą przyspieszony proces gnilny. Virgin Island po prostu śmierdzi, a rajska wydaje się wyłącznie ze sporej odległości (albo na zdjęciu). Południowe słońce nie pozwala wytrzymać bez osłony cienia dłużej niż 5 minut. Jeśli ktokolwiek decyduje się na spacer otula się szczelnie kawałkiem materiału. Prostym rozwiązaniem byłaby kąpiel w morzu ale do wody wskoczyć się nie da bo po horyzont sięga one tylko kostek, jest pełna białych, wijących się zwierzątek i wodorostów.

Zamiast obiecanych 3 wysepek oglądamy tylko dwie. Na dodatek wracamy godzinę zbyt wcześnie. Zamiast kierowcy, który nas tutaj dostarczył (i dostał już zapłatę za kurs powrotny) czeka na nas zupełnie ktoś obcy. Ktoś kto twierdzi, że o wcześniejszych ustaleniach nic nie wie i za darmo oczywiście nigdzie zawozić nas nie zamierza. Telefon do organizatora wycieczki sytuacji płatniczej nie zmienia, zmienia natomiast godzinę odjazdu. Ulewa, w końcu podobno mamy porę deszczową. Do przybycia kierowcy została ponad godzina. Próbujemy znaleźć przytulne miejsce, które uratuje nas dachem. Elegancki resort urządzony z wielką pompą i położony przy plaży zupełnie stracił klimat. Jest czysto, schludnie, poprawnie ale przytulność zgubiła się między płytkami, kafelkami i betonem. Menu sugeruje, że serwowane są tu dania lokalnej kuchni ale trudno się w nich choćby cienia orientu dopatrzeć. Wszystko smakuje jakby zostało przygotowane w polskim akademiku, pomimo swojej, mało akademickiej, ceny.

Nie mamy wcale pewności czy kierowca, po telefonicznej wymianie zdań, w ogóle się zechce się pojawić ale jakoś nikt się tym nie przejmuje. W końcu są pierwsze hamaki na trasie, kto by się więc przejmował. Kierowca, o dziwo, stawia się o czasie. Usiłuje wmówić nam, że opłata za wycieczkę zawierała jedynie przejażdżkę w jedną stronę. Co prawda udaje nam się wynegocjować dużo niższą cenę za podróż powrotną ale smutna mina kierowcy skutkuje tym, że dostaje dokładnie tyle ile zażądał. Nikt nie chce mieć nieczystego sumienia i niespokojnych myśli. W końcu dla nas to nie jest wielka kwota, dla niego może oznaczać znacznie więcej.

Pora ruszać dalej. Szybki prysznic, przepakowanie plecaków i ruszamy na przystań. Znowu cała seria terminalowych okienek i karteczek. Na pokładzie promu znajdzie się nawet osoba, wskazująca odpowiedni rząd i krzesło mimo, że na bilecie i na siedziskach wszystkie te informacje są umieszczone. Terminalu pilnuje uzbrojony w, całkiem sporych rozmiarów, broń palną strażnik. Podobni strażnicy pilnują restauracji, banków, hoteli i sklepów. Mimo broni nie wydają się wcale groźni. Wręcz przeciwnie, uśmiechają się od ucha do ucha, ze znudzenia kręcą bronią młynki, podsuwają krzesło jeśli przyjdzie Wam nieco dłużej postać.

Dumaguette - wyspa Negros


NazwaCenaWizytówka
The Gazebo
700 PHP za double ze śniadaniem
(1 PLN - 13.946 PHP)
Fotosik darmowy hosting obrazkówFotosik darmowy hosting obrazków



Przewonik opisuje Dumaguette jako uroczą nadmorską miejscowość, pełną studenckiej atmosfery. Ja widze je nieco inaczej - pełne białych dowodów na istnienie kryzysu wieku średniego spacerujących pod rękę z młodziutkimi filipinkami o co najmniej pięć razy mniejszej objętości.

Puk Puk. Śniadanie, wliczone w cenę pokoju, pojawia się niespodziewanie na plastykowych tackach za naszymi drzwiami. Zamówione kanapki z jajkiem okazują się być pojedynczym, niewielkim, słodkim tostem ze znikomą ilością czegoś co chyba można by nazwać pastą jajeczną. Od momentu przebudzenia słyszymy i widzimy lejące się z nieba strumienie deszczu. Czy zaplanowana na dzisiaj wycieczka do parku narodowego ma w ogóle sens w taką pogodę? Odraczamy decyzję. Nie bardzo wiem co ze sobą zrobić więc wyruszam na samotne poszukiwania kawy w strugach deszczu. Z tym aromatycznym napojem na Filipinach są niestety pewne problemy. Istnieje on właściwie wyłącznie w formie kawy rozpuszczalnej z nieodłącznym dodatkiem cukru. Saszetki z przeróżnymi odmianami wiszą, w każdym barze i sklepie na rozciągniętych pod sufitami sznurkach. Poszukiwania kończę w barze/jadłodajni pełnej lokalsów. Na ladzie stoi kilka metalowych pojemników z jedzeniem. Co chwilę przechodzień zatrzymuje się aby zaglądnąć kolejno pod przykrywkę każdego z nich i zdecydować czy chce się dzisiaj tutaj stołować. Ja poprzestaję na słodkiej i bardzo słabej kawie w metalowym kubeczku. Jestem pod stałą obserwacją, każdy łyk śledzą czyjeś oczy. Nie umiem nawet stwierdzić, czy spojrzenia są wrogie czy po prostu ciekawskie ale czuję się tu nieswojo. Ulewa nieco odpuszcza więc wracam do gromady z misją namówienia ich na wymarsz.

Dotarcie do parku narodowego Twin Lakes wymaga przejażdżki jeepneyem, służącym za miejski autobus, do skrzyżowania dróg w Sibulan. Tu przesiadka na Habal-Habal czyli sportowy motocykl zmodyfikowany tak, aby pomieścił więcej niż dwie osoby. Ponieważ czasem modyfikacja polega na przyczepieniu doń kawałka deski, przejażdżka nie musi należeć do najbardziej komfortowych. Okazuje się jednak, że to co niekomfortowe może być równocześnie ekscytujące. Od mojej ostatniej, niezbyt zresztą dobrze zakończonej, przejażdżki jednośladem minął rok, początkowo dają więc o sobie znać wspomnienia z poprzednich motocyklowych upadków. Obklejają przyjemność z jazdy warstwą niepokoju. Kilka minut pozwala mi jednak przywyknąć i skorupa się wykrusza. Zostaje czysta przyjemność. 12 kilometrowa podróż po szutrowych górskich drogo-ścieżkach pełnych niespodzianek w postaci ogromnych głazów, korzeni, kałuż, psów, kurczaków, dołów i błota, z całkiem sporą prędkością, sprawia mi niemałą frajdę. Czemu tak długo zwlekałam skoro uczucie jest tak obezwładniające?
Po drodze do jeziora Balinsasayao obowiązkowy postój przy niewielkim malowniczym bajorku. Postój, pomimo całej swojej malowniczości, jest po prostu punktem poboru opłat za wstęp do parku. Park narodowy wziął swoją nazwę od położonych blisko siebie jezior – wspomnianego wcześniej Balinsasayao oraz Danao. Przy jeziorze zacumowanych jest kilka niewielkich łódeczek, którymi można przedostać się do wylotu ścieżki prowadzącej na punkt widokowy oferujący widok na obydwa jeziora jednocześnie. Omszałe i wilgotne kamienie na ścieżce nie ułatwiają wędrówki w japonkach. Mimo wielu, mniej lub bardziej kontrolowanych, ślizgów udaje nam się dotrzeć na górę bez uszkadzania kończyn. Otaczająca jeziora dżungla nie tylko wygląda ale też całkiem mocno hałasuje, czuć, że jest pełna życia.

BACOLOD – wyspa Negros


NazwaCenaWizytówka
Bacolod Mansion
315PHP za double
(1 PLN - 13.946 PHP)
wizytówki co prawda brak ale nigdy nie myta łazienka i ogromny pająk na ścianie są


Tego samego wieczora docieramy autobusem do Bacolod. Miasto, z którego chcę natychmiast uciekać. Jest brudne, natrętne, pełne szczekających psów i ludzi w podartych ubraniach. Zdołałam się już przyzwyczaić do bezinteresownej uprzejmości i jej brak bardzo mi tu doskwiera. Ogromny pająk na ścianie pokoju wcale nie polepsza sytuacji. Wezwany na pomoc przez Paulinę pracownik hostelu z rozbawieniem ubija zwierzę swoim japonkiem krzycząc w niebogłosy ‘I kill you big dangerous spider’. Zdaje się, że nasza paniczna reakcja bardzo go rozbawiła. W mieście nie oglądamy niczego oprócz sklepu z rękodziełem gdzie zaopatrujemy się w rozliczne pamiątki i prezenty.





Tagbilaran - Blues o 4 nad ranem



Twin Lakes - zielonym do góry



jesień - liście spadają z palm



Twin Lakes - duch widokowy



spacer po linie



dżangel



jak się woła na delfiny?



bezludnie?



i to by było na tyle



rybak



a może kokosa?



każdy w swoją stronę



chodzi o to żeby trzymać dystans



neverending walk



wodne stogi siana



palmidło



chcesz powiosłować?



rozwikłanie zagadki



bo ja jestem proszę pana na zakręcie



niegdysiejsza rezydencja



tato mogę dzisiaj z Tobą iść na ryby?



pasaż handlowy



wyznaczanie punktów pośrednich łuku kołowego metodą biegunową



jaki kolor ma lustro?