13 - 17 stycznia 2012
Rio de Janeiro


FAVELE

Położone między wzgórzami Rio de Janeiro dzielą bardzo wyraźne granice. Dzielnice biedy położone na zboczach zwane są ‘cominudade’ czyli społecznościami. Nieoficjalna, chociaż częściej stosowana, nazwa ‘favela’ jest uznawana za obraźliwą przez jej mieszkańców bo kojarzona jest z przestępczością. Słowo ‘favelado‘ oprócz pierwotnego znaczenia – mieszkańca społeczności zaczęło również być synonimem przestępcy.

Społeczność społeczności nie równa. Niektóre z nich są już spacyfikowane i za inne nikt jeszcze nie miał odwagi, czy ochoty, się póki co zabrać. Proces pacyfikacji rozpoczął się stosunkowo niedawno bo pod koniec 2008 roku i znacznie poprawił bezpieczeństwo w mieszkańców, wszystko aby przygotować miasto na dwa następujące po sobie wydarzenia sportowe – Copa del Mundo (piłkarskie mistrzostwa świata) w 2014 i Letnie Igrzyska Olimpijskie dwa lata później. Czy walka z gangami narkotykowymi będzie trwała nadal po zakończeniu olimpiady – tego nie wie nikt. O tym jak wielką przemianą dla społeczności jest pacyfikacja może świadczyć fakt, że w zaczynają na ich terenach powstawać hotele – w końcu to dzielnice z najlepszym widokiem na całe miasto.

Zbocza miasta zarastały stawianymi domostwami zupełnie spontanicznie, bez jakiejkolwiek kontroli. Ktoś wybrał miejsce, pomyślał - tu będę mieszkać - i zaczął budować. Jest więc chaotycznie, ciasno, budynki kleją się do siebie nawzajem zostawiając niewiele przestrzeni na wąskie ścieżki i strome schody. Nie jest tu trudno stracić orientację. Rury najczęściej biegną na zewnątrz nieotynkowanych budowli z cegieł i betonu. Mimo wszystko budynki wydają się solidne, ludzie dbają o swoje skromne domostwa.

Dzielnice biedy przez długi czas znajdowały się poza kontrolą władz, rządziły się swoimi własnymi prawami. Skorumpowane i niezbyt sprawne siły policyjne pojawiały się na jej terenach sporadycznie, żeby odebrać łapówkę albo kolejne zwłoki. Na potrzeby zaplanowanej pacyfikacji stworzono więc elitarne siły policji – Unidades de Polícia Pacificadora (Jednostki Policji Pacyfikacyjnej) w skrócie UPP. Pacyfikacja nie jest dla nikogo niespodzianką, zapowiada się ją dużo wcześniej, żeby gangi miały czas opuścić teren zanim wkroczą siły policyjne. Policjanci stają się stałym elementem społeczności, budzą szacunek i podziw mieszkańców, którzy w końcu mogą odetchnąć. Nie można jednak patrzeć na pacyfikację czarno-biało. Proces pacyfikacji bywa okrutny. Siły policyjne nie opuszczające społeczności, organizujące przeszukania domów i rewizje osobiste są przez niektórych odbierane jak okupańci. Wyparcie gangu z jednej społeczności nie powoduje oczywiście, że w jakiś magiczny sposób problem znika. Problem przenosi się po prostu gdzie indziej, dalej do centrum miasta. Żródło problemu - brak dostępu do edukacji, niedożywienie i bieda istnieją nadal i karabiny, nawet w dużej liczbie, nic tutaj nie wskurają.

W przewodnikach, na forach i w zasadzie gdziekolwiek gdzie tylko istnieją jakieś wzmianki na temat społeczności jawią się one jako siedlisko zła i niebezpieczeństwa. Podczas obydwu wieczorów spędzonych wśrod ich mieszkańców czuję się swobodnie i bezpiecznie. Jest autentycznie i przyjaźnie. Miejscowe dzieciaki naciągają nas na ciastka i cole – ‘stary dawaj kubki’ wołają do sklepikarza, który uśmiecha się do małego cwaniaka, swojego syna i grozi mu palcem. Męczymy się pijąc Maozinha (cachacę z odrobiną soku z limonki) obserwując wesołą gromadę zjadającą przysmaki. Oni z rozbawieniem obserwują nas. Kilka metrów dalej, w maleńkiej knajpce z bilardem przemarsz uzbrojonych policjantów (z jakiegoś powodu wąchających zgromadzonym palce) nie zaburza nikomu zabawy. Mój aparat wędruje z rąk do rąk, nie w celu kradzieży ale pstryknięcia kolejnej fotki. ‘Tylko nie bierz ze sobą aparatu do faveli’ – na wspomnienie tej rady uśmiecham się pod nosem i wychylam kolejny łyka piwa podrygując do skocznej muzyki. Podrygi chyba dosyć udane bo ciemnoskóry chłopak pyta, w której szkole samby uczyłam się tańczyć. Wojtek dostaje zaproszenie na rodzinną kolację. Marita pobiera lekcję tańca na butelce od miejscowej roześmianej dziewczyny o pełnych kształtach. Pora wracać stromymi schodami w dół, pomachać wszystkim roześmianym twarzom na pożegnanie. Tak kończy się wieczór w spacyfikowanej Comunidade Santa Marta, gdzie kręcono teledysk Micheala Jacksona ‘They don’t care about us’. Plotka głosi, że wszystkich mieszkańców społeczności trzeba było przekupić, żeby krzywda artyście się nie stała...






przed granicą



MTV Cribs



Marta i Marta



City Lights



słońce na rowerze



ciasteczkowy



relaksik



i want to wake up in the city that never sleeps



Little boxes on the hillside, Little boxes made of ticky-tacky



jest gites


zapada w sen






13 - 17 stycznia 2012
Rio de Janeiro


Rio de Janeiro wita upałem. Nazwa miasta (rzeka styczniowa) jest wynikiem pomyłki pierwszego Europejczyka, który, 1 stycznia 1502 roku, zatokę, nad którą leży miasto, wziął za ujście rzeki. Ani rzek ani europejskiego stycznia nie widać i nie czuć. Widać za to Wojtka, który przyjechał odebrać nas z lotniska. Pierwszy raz ktoś odbiera mnie z lotniska podczas wakacji. To pierwszy przejaw tego, że ten wyjazd jest inny niż wszystkie poprzednie i, prawdę mówiąc, nie bardzo mogę go nazwać wyprawą czy podróżowaniem. Zamiast oglądania zabytków i odhaczania kolejnych wpisów na liście światowego dziedzictwa Unesco będziemy odwiedzać znajomych i poznawać ludzi. Ludzi, do których zdecydowanie będzie się chciało wracać.

Na pierwszy ogień idzie więc Wojtek (którego poznawać już nie muszę bo znamy się jak łyse konie – czemu łyse?) i jego, absolutnie urocza i serdeczna do granic możliwości, żona carioca (mieszkanka Rio) Mariana, której nie sposób nie uwielbiać. Kilka kolejnych dni spędzimy w ich towarzystwie, pomieszkamy razem w apartamencie 30 metrów od plaży Copa Cabana, wychylimy wspólnie nie jedno piwo i niejednego drinka, zjemy kilka dobrych kilogramów mięcha, pozwierzamy się sobie z największych sekretów, posiedzimy na plaży, odwiedzimy nawet szpital i kilka imprez w favelach – ale o tym później. Póki co wróćmy do tematu Rio i tego co dla każdego mieszkańca miasta jest ważne.

PLAŻE

W ponad 5 milionowym mieście plaże ledwie mieszczą swoich mieszkańców i są towarzyskim centrum miasta w ciągu dnia i niebezpiecznym miejscem po zmroku. Na plaże chodzą tłumy, tu spędza się każdą wolną chwilę siedząc na leżaku, pod parasolem ze schłodzonym napojem wyskokowym w ręce, po który nie trzeba się nawet ruszać. Nowa puszka/szklanka pojawia się w dłoni kiedy w poprzedniej zaczyna być widać dno. W Rio w ogóle nie trzeba się po nic rusząć. Zabrakło Ci papierosów i piwa - wystarczy telefon i za pięc minut za drzwiami pojawi się kurier z zamówieniem, które wymieni na kilka banknotów.

Każda z plaż, nazwanych najczęściej tak samo jak dzielnice przy których się znajdują, ma swoich wielbicieli i przeciwników. Wszystkich ich łączy akceptacja swojego ciała i odmienności demograficznej. Trudno bowiem określić jak wygląda typowy Brazylijczyk czy Brazylijka. Geny ciemnoskórych niewolników, rdzennych mieszkańców i białych kolonizatorów nie zdążyły się jeszcze dobrze wymieszać. Dziewczyny dumnie prezentują swoje krągłości i białe nieopalone fragmenty skóry. Nie chodzi bowiem o to żeby być szczupłym, tu seksowne jest ciało, im go więcej, tym lepiej. Jedyne wymaganie - ma być jędrne. Brazylijki mają swój własny styl opalania - najbardziej ponętne są wyraźne różnice między opaloną, a bladą skórą. Niektóre z blond uczestniczek naszej wycieczki, chcąc dorównać cariocom w tempie ekspresowym, mimo intensywnego smarowania się kremami z filtrem skończyły pierwszy dzień plażowania z kolorem skóry miss piggy. Zbyt gorąca woda z kranu dołożyła się do nieszczęścia i na dłoniach pojawiły się złowieszcze bąble. Poparzenia trzeciego stopnia, puchnące kończyny, potworny ból i, w nieco późniejszym czasie, ogólnoustrojowe linienie. Jednak nasza bohaterka znosiła wszystkie niedogodności dzielnie niezwykle prezentując bandaże na dłoniach i nadgarstkach za co należą się brawa i owacje!!!

Copa Cabana
Uznawana za najbardziej turystyczną plażę, głównie ze względu na blisko położone hotele. Ogromne fale zbijają z nóg i nawet niewielu miejscowych odważa się wskoczyć do wody. Po plaży przechadzają się nieustannie sprzedawcy bikini, napojów, sukienek, piłek i wszystkiego czego mogłoby Wam zabraknąć. Tu jedna uwaga na temat bikini – mimo luźnego podejścia do seksualności brazylijczycy nie akceptują opalania się topless. ‘Behindless’ jest jednak zupełnie normalne. Dolna część bikini zazwyczaj składa się praktycznie wyłącznie z kawałka materiału umieszczonego z przodu, tyłu jakby trochę brak.

Ipanema
Przyklejona do znaczniej bardziej ekskluzywnej dzielnicy plaża nieformalnie podzielona jest na sektory dla miłośników marihuany, homoseksualistów i matek z dziećmi. Miłośnicy substancji zakazanych wyposażeni są w gwizdki. Policja wkraczająca na teren plaży wywołuje falę dźwiękową, która spycha na jakiś czas uciekinierów z plaży. Jeśli słyszysz gwizdek uciekaj, inaczej możesz zostać stratowany.




kurzoki



under my umbrella (ella ella, ay ay ay)



dwa kolory



kanapkę, piwo i co jeszcze?



garbniki i garbarki



sexy mamas



przecinak



fala niewidka



złodziejka piłek



idziemy, nic się nie dzieje



płetwal



z pozdrowieniami dla panów



dulce como caramelo



ręka, noga, mózg na fali



śpiewać każdy może



początek końca



carioca






Będzie zupełnie inaczej niż poprzednio. Będziemy znacznie bardziej odwiedzać niż zwiedzać i bardziej bywać nić podróżować. Jedno tylko będzie takie samo – planowanie kiedy znowu tu wrócę.


11 stycznia 2012
Gliwice – Warszawa


Gliwice żegnają po damsku. JustTinkowo. Warszawa wita nas niekończącą się opowieścią i niekończącym się milczeniem duetu Marek&Kuba. Policjanci łykają ze smakiem pospiesznie skleconą opowieść o work&travel i przekroczenie jezdni na czerwonym świetle kończy się upomnieniem i przydługą pogawędką. Warszawski komitet pożegnalny odwozi nas na lotnisko zgrzytając zębami z zimna lub z zazdrości.

12 stycznia 2012
Warszawa – Amsterdam – Paryż


Warszawa

Oprócz mnie zamarza również czas. Lot opóźniony o godzinę. Zaczyna się…

Amsterdam

Boarding trwa już od całkiem sporego czasu kiedy stawiamy pierwsze kroki na lotnisku. „Proszę się pospieszyć, może jeszcze panie zdążą. Karty pokładowe wydrukują państwu przy bramce” Włączamy piąty bieg. Objuczone plecakami i torbami manewrujemy między celami ruchomymi-bądź-też-nie. Po 10 minutach docieramy na przeciwległy kraniec lotniska, nie umiem złapać oddechu. Boarding jeszcze trwa! Kolejka nadał całkiem spora więc pełna wiary zagaduję panią bramkową. Nie jest niestety tak łatwo jak się spodziewałam. Sporo czasu zajmuje nam przekonanie jej, żeby w ogóle się nami zainteresowała, tłumaczenie czemu nie mamy kart pokładowych oraz udowodnienie, że przez obsługę okienka Loty Transferowe zostałyśmy wysłane właśnie tutaj. Kiedy radzimy sobie z jedną przeszkodą natychmiast pojawia się następna, aż w końcu utykamy. „Pani bagaże nie polecą więc panie też nie. Już dawno zmieniliśmy rezerwację.” Niedowierzanie malujące się na naszych twarzach pogłębia się jeszcze bardziej kiedy pani niezywkle przyjaźnie zagaja : „Jadłyście czosnek? Strasznie śmierdzicie.”… nie, nie jadłyśmy ani czosnku, ani cebuli ani nawet porów. Pachniemy niczym wiosenna łąka czy morska bryza w każdym bądź razie na pewno nie jak czosnek. Dalsze negocjacje nie odniosły najmniejszego skutku. Nie lecimy mimo, że boarding ciągle trwa.

Po odstaniu godziny w kolejce biura biletowego KLM dowiadujemy się kolejnej radosnej nowiny. Nasz nowy plan podróży obejmuje natychmiastowy lot do Paryża i przesiadkę za 10 godzin...

Paryż

Jest zima i (surprise surprise!) jest cholernie zimno. Jesteśmy przygotowane na tropiki, nie mamy na sobie nic co pozwalałoby przetrwać dłużej niż godzinę w temperaturze bliskiej zeru więc pozostaje nam spędzić 10 godzin na najbardziej obrzydliwym lotnisku świata (słowo frequent travellera).
Wszystko mnie tu drażni. Temperatura (w okolicach 7 stopni powyżej zera), brak miejsc do posadzenia swoich 4 liter, nieistniejące kawiarnie, knajpki i sklepy. Wędrujemy tu i tam bo koszmarnie nam się nudzi. Każde przemieszczenie się o kilkanaście metrów kończy się drobiazgową kontrolą bezpieczeństwa. Tak drobiazgowa, że panowie i panie zaglądają do pudełek z kartami pamięci, do każdego obiektywu, każdego pudełeczka i każdej kieszonki. Mój misternie spakowany plecak, pełen fotograficznych szpejów, przepakowuję co 20 minut.
10 godzin opóźnienia ma nam zrekompensować voucher na kolację. W poszukiwaniu miejsca gdzie zechciano by nam go zrealizować tracimy ze dwie godziny, aż w końcu udaje nam się upolować kilka zdechłych pierożków. Nie myślcie sobie, że ktoś nam ten cholerny voucher wręczył. Musiałyśmy się naprawdę nieźle nastarać, żeby go otrzymać. Zasypiam z głową na knajpianym stoliku. Słyszę jeszcze zniesmaczone komentarze dobiegające ze stolików obok ale mam je gdzieś, bardzo głęboko. Niech mnie wszyscy Francuzi do spółki z Holendrami i ich liniami lotniczymi cmokną w pompkę.