Wpisy z dziennika podróży autorstwa Tomasza B.

2 stycznia 2013
Tongariro


Tongariro Alpine Crossing. Pobudka o 6:30. O 7:40 busik ze schroniska podwozi nas na szlak. Zuzia zaprzyjaźnia się z Nowozelandczykiem, który był w Gdańsku na ślubie swojej siostry. Kierowca autobusu ostrzega nas przed ekstremalną pogodą – zimnem i huraganowym wiatrem.

Dziesięć po ósmej już się wdrapujemy na masyw Tongariro. W dolinach słonecznie, szczyty gór w chmurach. Widoki zapierają dech w piersiach, wulkaniczny krajobraz kraterów i jezior. Żadnej roślinności, wśród starszych, burych skał i piargów czarne wstążki lawy, która wylała się całkiem niedawno. Gdzieniegdzie dymi z ziemi i śmierdzi siarką. Największą atrakcją był jednak huraganowy wiatr, który utrudniał nam marsz, w porywach będący wstanie wywrócić dorosłego człowieka.
Część zaplanowanego przez nas szlaku była zamknięta ze względu na ostrzał kamieniami z jakiegoś mniejszego wulkanu na zboczu Tongariro, który zaktywizował się w listopadzie 2012 i od tego czasu ciągle odrobinkę wybucha. Obejrzeliśmy sobie go z dystansu i dodaliśmy do trasy przejścia zdobycie szczytu Tongariro. Tam akurat nie wiało.
Po powrocie postanowiliśmy napić się piwa w kawiarence na terenie kempingu. Okazało się, że kawiarenka nie posiada licencji na sprzedaż alkoholu, ale jakoś udało się przekonać właścicieli, by sprzedali nam piwo. Przestrzeganie prawa w tym kraju nie jest chyba podstawową cnotą obywatelską. Podobnie na wycieczce, gdzie dwóch turystów mimo zakazów postanowiło przespacerować się obok plującego kamieniami krateru.

Kempingową kuchnię opanowali francusko-języczni Kanadyjczycy. Początkowo Tomek wziął ich za Francuzów i usiłował porozumieć się sylabizując powoli najprostsze angielskie słowa. Odpowiedź w bezbłędnej angielszczyźnie wyjaśniła sytuację. Na kempingu, a również na wycieczce górskiej towarzyszył nam roześmiany Niemiec z kolorowego kampera. Pan pięknie się uśmiechał i był bardzo rozmowny. Powzięliśmy decyzję o wyswataniu go z Zuzią. Na pożegnanie Niemiec obdarzył nas swoim zniewalającym uśmiechem i wyruszył w drogę jadąc prawym pasem jezdni. Z zapartym tchem wyczekiwaliśmy zderzenia czołowego, które na szczęście nie nastąpiło. Klakson pojazdu nadjeżdżającego z przeciwka uratował przyszłego szwagra od śmierci na nowozelandzkich drogach.




"Blue Eyed Beauty"



"gmła"



"not what it seems"



"due to flying rocks"



"przepisy są od tego żeby je łamać"



"And the fog comes up from the sewers"



"na fejsika"



"śmiało odsłania nogi"



"A droga kręta jest
Co dalej za zakrętem jest
Kamieni mnóstwo"



"Veni, vidi, vici"



"przyczajony głaz"



"gdzie strumyk płynie z szybka"



"góra przeznaczenia - Orodruina"



"krater"



"volcanic lunch"






Z 'lekkim' opóźnieniem (bo zaledwie sześciomiesięcznym) wkraczamy w temat Nowej Zelandii. Tym razem słowo pisane autorstwa mojego brata, ja zajęłam się tylko zdjęciami.
Było najlepiej! Muszę tam jeszcze wrócić!

28 grudnia 2012
Gliwice - Kraków - Monachium - Bangkok


Po drodze z Gliwic na lotnisko, Justynka brawurowo odebrała listonoszowi na ulicy ważne, służbowe dokumenty. Następnie równie brawurowo przekazała je w biegu, w Katowicach Łukaszowi.
W Krakowie, prezentując prawidłowy sposób załadunku bagażu na wózek, Justynka usiłowała jednocześnie złamać Tomkowi wszystkie kości śródręcza. Usiłowanie nie powiodło się – kości zostały całe, a jako bonus pojawiła się sina buła na wierzchu ręki. Nie dostaliśmy kart pokładowych na ostatni odcinek lotu – z Bangkoku do Auckland. Personel Lufthansy stwierdził, że to przez błąd systemu. W Monachium personel Thai Airways utrzymuje, iż biletu do Auckland nie możemy otrzymać z powodu braku wiz wjazdowych. To ogłoszenie spowodowało drobną konsternację i chęć mordu na Tomku, który ponoć to sprawdzał i utrzymywał, że wizy nie są potrzebne. Do mordu nie doszło, wszystko się wyjaśniło. Dostaliśmy karty pokładowe.
Lot Thai Airways do Bangkoku miły. Bardzo dużo miejsca na nogi (jak na economy) , mocno odchylane fotele i dobre jedzenie, do którego podano metalowe sztućce. Zuzi lot mógł przypaść nieco mniej do gustu, gdyż miała zepsutą lampkę do czytania, zepsute gniazdo słuchawek i uszkodzony stolik (tacka z jedzeniem zsuwała się na kolana).Na dodatek Jumbo był stary i bez indywidualnych systemów rozrywkowych. Dla zabicia nudy dziewczyny zaaplikowały sobie środki nasenne dla dużych zwierząt i przespały bitych sześć godzin bez mrugnięcia powieką. Stewardesy na pożegnanie wręczyły Justynce piękną orchideę (żywą), która została misternie wpleciona we włosy.

29 grudnia 2012
Bangkok - Auckland


Bangkok – 33 stopnie Celsjusza, bezchmurne niebo. Lotnisko olbrzymie i ładne, ale wytrzymać da się tylko w pobliżu klimatyzatorów.
Zapowiada się znów wyjazd kulinarny. Na wszystkich lotniskach intensywnie jemy. Justynka ciągle zupy, Zuzia ciągle sushi.
Z Bangkoku do Auckland ponad 11 godzin, również linią Thai. Nowy Boening 777. Miejsca na nogi mniej, ale za to są systemy rozrywkowe w każdym z siedzeń. Mogliśmy oglądać sobie filmy, każdy niezależnie i podziwiać Justynkę , która niezwykle ekspresyjnie przeżywała swój film. Podczas strasznych scen przykrywała ekran poduszką, śmieszne sceny kwitowała gromkim śmiechem i wymianą porozumiewawczych spojrzeń z pasażerami, którzy oglądali całkiem inne filmy. Ostatecznie dziewczęta przyjęły znów środki nasenne dla dużych zwierząt i w miarę grzecznie przespały do (przyspieszonego o sześć godzin różnicy czasu) poranka. Rano odbyliśmy pasjonującą partyjkę quizu geograficznego. Niestety złośliwy pilot, wyłączył system rozrywkowy pół godziny przed lądowaniem, w związku z czym, nie udało się Zuzi odnieść miażdżącego zwycięstwa.

30 grudnia 2012
Auckland - Papamoa Beach


Auckland wita nas dwudziestoma czterema stopniami i groźnymi chmurami burzowymi na horyzoncie.
Kupujemy karty SIM do Nowozelandzkiej sieci telefonicznej i dzwonimy do wypożyczalni camperów - Jucy Rentals. Ekipa Jucy sprawnie odbiera nas z lotniska, wykłada zasady obsługi samochodu i wypuszcza na podbój kraju. Dzięki kartom SIM Zuzia może być i faktycznie jest permanentnie aktywna na Facebooku. Justynka zachęca dodatkowo Zuzię okrzykami „otaguj mnie, otaguj mnie”, mimo, że do prowincji Otago jeszcze 1000 km.

Droga do Papamoa Beach. Nieco ponad 200 km wśród drzewiastych paproci i okazja, by zaprzyjaźnić się z naszym busikiem. Auto jest potwornie wysokie i bardzo miękko zawieszone. W związku z tym każdy podmuch wiatru wychyla budę i zmienia kierunek jazdy. Jazda powyżej 50 km/h wymaga nieustannego korygowania kierunku. Największym problemem, wynikającym z lewostronnej organizacji ruchu jest odwrotne położenie kierunkowskazów i wycieraczek. Co rusz udaje się zasygnalizować skręt za pomocą machnięcia wycieraczkami i przetrzeć szybę z wykorzystaniem migaczy. Co ciekawe, miejscowi poprawnie odczytują ten sygnał. Justynka brzęczy na okrągło, udziela niekończących się wskazówek i zaleceń dotyczących bezpieczeństwa jazdy. Bez tabletek nasennych jest nieznośna. Olbrzymie paprocie zburzyły naszą wiarę w skuteczność nauczania botaniki w szkole. Wszyscy byliśmy przekonani, że te imponujące rośliny wymarły w epoce karbonu. Być może wymarły, ale tutaj jest ich mnóstwo i mają się całkiem dobrze.

Kemping – Ocean View. Widok zapiera dech w piersiach. Ciepło i strasznie wieje od oceanu. Podczas próby rozpakowania plecaków wiatr co rusz porywał nam całkiem wydawałoby się ciężkie przedmioty. Kolacja – ostrygi i kelnerka, która była kiedyś w Krakowie (Holenderka). Przed północą spacer na plażę i moczenie nóg w oceanie, które oczywiście skończyło się moczeniem gaci. Pierwszy nocleg w aucie. Nie najgorzej. Jednak wszędzie pełno piasku z plaży.
Zuzi wieczorem chłodno, zakłada czapkę.


31 grudnia 2012
Papamoa Beach


Sylwestra rozpoczynamy od obfitego śniadania na świeżym powietrzu. Widok na ocean, nigdzie się nam nie spieszy. Cudownie. Później plażowanie i morskie kąpiele. Mimo, że jest fantastycznie, Tomek zrzędzi, że na plaży jest piasek. Justynka i Zuzia natomiast uległy lekkim słonecznym poparzeniom.

Ciekawa obserwacja, personalizowane tablice rejestracyjne muszą być bardzo tanie w Nowej Zelandii. Co trzeci pojazd na naszym kempingu jest wyposażony w specjalne numery. Np. Nasza sąsiadka reklamuje się grą słów „6E MUM” na rejestracji samochodu.

Wieczorem koncert zespołu „Sons of Beaches”, występujących na prowizorycznej scenie z przyczepy ciężarówki. Panowie, z drobnymi przerwami grali aż do północy, kiedy odśpiewali wraz z publicznością tradycyjne Auld Lang Syne. Zespół był dość kiepski, a nagłośnienie całkiem fatalne. Podsłuchaliśmy mieszkańców NZ, którzy rozpoznali autorstwo przeboju Gotye „Somebody that I used to know” jako „Kimbra and some guy”.

Ponieważ niebo było wieczorem bezchmurne, zrobiło się dosyć chłodno po zmroku. Nowozelandczycy nie wiele sobie z tego robili, balując boso, w kąpielówkach i najwyżej koszulce bez rękawów. Chodzenie boso jest Nowozelandzką specjalnością narodową. Nawet na ulicy, czy w supermarkecie poza obszarami turystycznymi sporo osób wędruje całkiem boso. Bardziej formalny strój obejmuje japonki. Tradycyjne buty są używane chyba wyłącznie przez obcokrajowców.

Kolejne spostrzeżenie, to brak win musujących do wzniesienia noworocznego toastu. Tubylcy odczekali do końca utworu zagranego przez zespół, po czym, kilka minut już po północy, wznieśli toast butelkami piwa lub drinkami na bazie soków owocowych i wódki. W dzień sylwestra mogliśmy wcześniej w supermarkecie swobodnie przebierać w musujących winach lokalnych i zagranicznych (w Polsce co roku są braki zaopatrzeniowe w tej materii).
Dzięki cudowni techniki – aplikacji astronomicznej w telefonie iPhone, Zuzia była w stanie w końcu wskazać nam Krzyż południa, którego na próżno wypatrywaliśmy na niebie w RPA kilka lat wcześniej.

Ciekawie zrealizowano pokaz sylwestrowych fajerwerków na plaży. Po pierwsze, odbył się grubo po północy. Po drugie obsługa nie miała scentralizowanego systemu odpalania z dystansu. Zamiast tego, panowie biegali panicznie w czasie eksplozji między jedną rakietą a drugą z zapalniczkami, cudem unikając śmierci. Obserwacja była bardzo pasjonująca.
Tomek z Justyną są starzy i chcieli zapaść w sen zimowy przed sylwestrem, biedna Zuzia chciała się zaprzyjaźniać i bratać. Nie było jednak za bardzo z kim, bo kemping był familijny, młodociani synowie tańczyli z mamami.


1 stycznia 2013
Papamoa Beach - Tongariro


Justynka przejmuje dowodzenie busikiem, co wszystkim wychodzi na dobre. Wyruszamy (bez śniadania) z Papamoa w kierunku Tongariro.

Justynka nabiera nas na jakieś wodospady i zabytkową elektrownię wodną, utrzymując, że czytała o nich w przewodniku. Krótki spacer przez tropikalny las, wśród drzewiastych paproci, palm oraz bardziej europejskiej roślinności. Później widok na wodospad, którego podziwianie utrudniał nam głód (ciągle bez śniadania) oraz wszędobylskie muszki piaskowe.
Nad jeziorem Rotorua zatrzymujemy się w końcu na upragniony piknik śniadaniowy, który jest wyborny (pyszna herbata). W tym miejscu zaczynamy odczuwać smród zgniłych jajek.

Dalej zwiedzanie gejzerów i śmierdzących błot w Te Puia. Gejzery świetne. Trzeba było najpierw odcierpieć swoje oglądając maoryskie tańce i tradycyjnie wyplatane sukienki z trawy. Widzieliśmy kiwi (w niewoli) i buchające gejzery.

W końcu docieramy na malutki kemping Tongariro Holiday Park, znajdujący się w sąsiedztwie masywu Ruapehu, Ngauruhoe i Tongariro. Ze względu na niedawne erupcje wulkaniczne nie uda się nam przejść następnego dnia pełnej planowanej pętli. Będziemy musieli zadowolić się jedynie częścią tej klasycznej, malowniczej trasy wysokogórskiej.
Każdy kemping, a niekiedy nawet publiczne parkingi są wyposażone w świetne gazowe grille, najczęściej bezpłatne.
Na kempingu Zuzia przygotowuje świetne steki z baraniej nogi. Objadamy się koszmarnie. Robimy też wielkie pranie ze szczególnym uwzględnieniem zatęchłej pościeli.





"przydrożny widok zwyczajny"



"Vamos A La Playa"



"baby... jak zwykle się drą"



"don't even think about it"



"sztuczne choinki"



"where's the Road Runner?"



"Oh, mama I wanna go surfing"



"everything's fine!"



"tato tato"



"dream team"



"let's wander"



"psyttt iskierka zgasła"






Tajlandia - Grudzień 2012
Koh Tao, Koh Phangan


Wyspiarski relaks, aparat relaksuje się w 'safety box'. Ja relaksuje się na skuterach, czytając na plaży, 20 metrów pod wodą w stroju nurka i zaraz pod powierzchnią z fajką i rurką, na knajpianej poduszce zajadając grillowanego red snapper'a, pijąc drinka z plastykowego wiaderka, wciskana w materac dłońmi masażystki, tańcząc wymalowana fluorescencyjną farbą w środku dżungli na full moon party (chociaż to nie bardzo moje dźwięki)... itp itd

Teoretycznie dużo tego relaksu i powinni starczyć na jakiś czas po powrocie ale szybko się wyczerpał. Na szczęście już za rogiem podróż wymarzona...




home dirty home



pies rybaka mazura z mazur



efekt hamaka sznurkowego - baleron czy szyneczka?



jak jest?



prawie wszyscy part one



prawie wszyscy part two



ukamienowanie



knock loud I'm home



zawisak





Tajlandia - Grudzień 2012
Bangkok


Muay Thai urósł do rangi sport narodowego Tajlandii ale nie do końca wiadomo gdzie właściwie się narodził. Równie długo znany jest w wielu innych krajach Azji południowej - w Wietnamie "Vo Tu Do", w Birmie "Muay Burma", w Malezji "Tomoi" i w Kambodży "Pradal Serey". Historia tajskiego boksu jest tak mglista, że każdy z krajów uzurpuję sobie pierwszeństwo. Muay Thai stosowany był (i w pewnym stopniu nadal jest) w celach militarnych i, jak głosi jedna z historii/legend, niósł więcej spustoszenia niż walka z użyciem broni. Dzisiaj nadal szkoli się tajskich żołnierzy tak, aby mogli go wykorzystać jeśli broń zawiedzie lub jej zabraknie. Boks tajski zwany jest "sztuką 8 punktów ciała", które to 8 punktów zawodnik atakuje pięściami, łokciami, kolanami oraz nogami. Jego dzisiejsza forma odbiega mocno od Muay Boran, z którego się wywodzi. Z powodu dużej urazowości (a nawet licznych przypadków śmiertelnych) usunięto niektóre dozwolone elementy walki takie jak ciosy głowę, rzuty, kopnięcia w krocze oraz elementy ubioru takie jak owijacze na ręce (niekiedy dodatkowo udoskonalone potłuczonym szkłem). Następnym krokiem było wprowadzenie metalowych ochraniaczy na krocze, w zamian za te wykonane z kory lub muszli, i skórzanych rękawic bokserskich, które wymusiły używanie pewnych dodatkowych technik zachodnioeuropejskiego boksu. Nadal pozostało jednak kilka elementów tradycyjnych. Najważniejszym jest taniec Wai Kru, którym każdy z zawodników wyraża swoją wdzięczność i szacunek dla trenera, przeciwnika i widzów.

Zainteresowanych dodatkowymi informacjami odsyłam od strony polskiego zrzeszenia Muay Thai.

Walki Muay Thai wiążą się również z pewną formą hazardu. Z naszego punktu widzenia, bardzo chaotyczne i głośne zakłady, o całkiem niemałe pieniądze trwają przez całą walkę. Mogę się niestety tylko domyślać na czym polegają. Jedno jest pewne - są głośne, pełne emocji i zaangażowania.

Sztuki walki nigdy mnie nie fascynowały, moja mama oglądająca boks w telewizji zawsze dziwiła i nie przewiduję w tej kwestii wielkich zmian. Krwawe ciosy w głowę wymieniane między chudziutkimi, i niejednokrotnie sympatycznymi/przestraszonymi, nastolatkami nie są dla mnie czymś co nazwałabym rozrywką. Może spektakl w 5 aktach nie kończy się śmiercią jednego z zawodników (jak filipińskie walki kogutów) ale wywołał we mnie bardzo podobne odczucia. Nie żałuję, że miałam okazję zobaczyć starcia kilku zawodników na ringu. W końcu każdy element kultury kraju, który odwiedzam warto jest poznać, ale nie sądzę, żebym jeszcze kiedyś znalazła się na widowni.






































































































Tajlandia - Grudzień 2012
Bangkok


Stolica Królestwa Tajlandii wita. Po raz kolejny to samo gorące i wilgotne miasto. Nihil novi. Było jak jest. Jest jak było. Niby wszystko po staremu, a jednak jakoś inaczej. Chińska dzielnica w środku dnia pustoszeje zostawiając na posterunku jedynie przy-(czy raczej na)-drożne knajpki z owocami morza. Na Khaosan Road kumka coraz mniej drewnianych żab, bary zastępują małe plastykowe zydelki krzesłami z prawdziwego zdarzenia. Zapachy (te miłe dla nosa i te nieco mniej) jakby straciły na intensywności. Turystów więcej i jakoś gwałtownie odmłodnieli...albo ja się postarzałam. Może przytępiły mi się zmysły albo ta sama orientalna potrawa z każdym kolejnym razem traci na wyrazistości bo przestaje zaskakiwać? Chciałabym przeżywać Bangkok tak intensywnie jak kiedyś ale już chyba nie potrafię. Sprawę ratuje pad Thai nadal dokładnie tak samo smaczny i niezmiennie przyjemny masaż łączący rozkosz i ostry, momentami, ból. Miasto męczy, ogłusza, otępia, wyciska z mieszkańców ostatnie poty, wyżyma jak mokrą szmatkę, a ja cieszę, się że tu wróciłam bo czerpię z tego, niezrozumiałą dla siebie, przyjemność. Może to świadomość, że jeszcze chwilę, jeszcze moment i będę na zmywać z siebie lepki osad stolicy w morzu.

Wyjazd pod znakiem relaksu, spokoju, unikania nadmiernego przemieszczania się i braku pośmiechu. Nawet aparat relaksuje się i zdecydowaną większość wyjazdu spędza w 'sejfach' (drewnianych skrzyneczkach zamykanych na własną kłódkę). Tym razem pooglądam to wszystko na własne oczy, bezpośrednio, bez warstwy soczewek po drodze. Jeśli już pstryka migawka to bardziej poglądowo niż jakkolwiek inaczej.




hala ka ukulele
[7 rano na Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



bumpy ride
tuk tuk



nie zaczepiaj mnie bo powiem mamie
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



na sznurek, gumę do żucia i słowo honoru
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



regulamin tłoczni win
[przewiewne wnętrze tuk tuk'a]



ament
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



"Imagine all the people living life in peace"
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



no need to rush
[chinatown]



na zmywaku
[zaplecze mini restauracji na chodniku]



street/sea food
[chinatown]



nie wszystko złoto co się świeci
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



REBUS T = S
[przewoźnik autokarowy]



ze mną sie nie potargujesz??
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



Pad Thai w przygotowaniu
[Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



up & down
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



z dwururki
[podróże tuk tuk'iem]



latający spodek
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



Z cyklu 'Trudne Decyzje'
Harvard czy Yale
[stoisko na Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



Z cyklu 'Trudne Decyzje'
chang czy bucket?
[wieczór na Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



mnóstwo pyszne
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



piwo cierpliwe jest
[zbieracz datków na Khaosan Road (Thai: ถนนข้าวสาร)]



pod kolor barierki
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



banan, pomelo czy wpierdol?
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



drop it!
[chinatown]



od mikołaja oszkrabiny z mango
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



granat ręczny
[chinatown]



embouteillage
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



masz coś za uszami
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



bambusowy cyckonosz naścienny
[targ amuletów]



także tego
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



chicken chicken cheap cheap
[chinatown]



fryzjer uliczny tymczasowy
[przygotowania do uroczystości urodzin króla]



w zdrowym ciele zdrowy duch
[targ amuletów]



przekupna przekupka
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



wrong direction
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]



zupa z trupa
[Pływający Targ Damnuen Saduak (Thai: ตลาดน้ำดำเนินสะดวก)]