Skończyły się Filipiny. Zaczęła się praca. Równie szybko jak się zaczęła, trzeba ją było skończyć bo nadszedł czas na nową wyprawę. Wyprawę dwóch równie podobnych co różnych Gliwiczanek - blondynki i brunetki. Wracam za miesiąć, o ile w ogóle zdołam się jutro spakować i dotrzeć na dworzeć bo spraw do załatwienia cała masa. Straciłam tę dziecięcą umiejętność cieszenia się tym co ma nadejść więc poczuję, że naprawdę wyjeżdżam dopiero na lotnisku. Póki co po prostu wiem, że będzie najlepiej. Brazylia i Argentyna po raz pierwszy, a tak się składa, że podróżnicze pierwsze razy są zawsze udane! Zostawie lato tam, wrócę do zimy tu i jeśli nie zamarznę, z pourlopową depresją będę walczyć przy pomocy wyprowadzki do mieszkania ze zdecydowanie najlepszym widokiem w mieście.



things you leave behind




18- 19 listopada 2011
Boracay -> Caticlan -> Manila -> Clark -> Hongkong -> Moskwa -> Warszawa -> Gliwice


Wstaję na lekkim kacu. Dociera do mnie, że to koniec, że nikt mi nawet nie pomacha na pożegnanie. Zostawiam za sobą wyspę tak jakby mnie tu nigdy nie było. Ona zmieniła nieco mnie, ja nie zmieniłam jaj ani odrobinkę. I dobrze.

Tricyklowa podróż do portu dłuży się okrutnie. W głowie wspomnienia entuzjazmju i niecierpliwości, które towarzyszyły mi poprzednim razem kiedy pokonywałam tą sama trasę. Nie ma entuzjazmu, jest żal, że to już koniec, że wracam do szarej rzeczywistości, do miasta, które na wszelkie sposoby chce mi udowodnić, że jestem sama. Wracam do monotonnych wieczór kończących się zawsze w tej samej knapie. Przed depresją ratuje mnie jedynie świadomość bliskości następnej podróży. W końcu styczeń już blisko. Z letargu wyrywa mnie seria portowych procedur i opłat.

Na pokładzie statku rozglądam się po współ podróżujących. Nie ma ani jednej bladej twarzy. Dotarło do mnie, że jestem tu sama. Łódka przybija do brzegu, za 50 PHP tricyklowy bilet na lotnisko w Caticlan. Czekają mnie tu dwie niespodzianki jedna miła, druga mniej. Limit kg bagażu na moim locie wynosi 10, przekraczam go o kolejne 10, to wykroczenie będzie mnie kosztować 1500PHP. Nie mam oczywiście ze sobą takiej kwoty więc celnik prowadzi mnie do najbliższego bankomatu. Wracamy na terminal wciskając się wszędzie bocznymi drzwiami, nikt na to nie zwraca uwagi, to najwyraźniej zupełnie normalne. Miła niespodzianka – mogę polecieć wcześniejszym lotem. Nie mam zbyt wiele czasu na przedostanie się ze stolicy do Clark więc każda dodatkowa godzina mnie cieszy.

Ląduję w Manili, muszę dostać się do Clark. Na lotnisku łapię taksówkę. Kierowca tak przejmuje się moją podróżą, że całą drogę upewnia się przez krótkofalówkę, z którego dworca odjeżdża najbliższy autobus do miasta burdeli. Mam za dużo czasu, mam za mało siły, żeby nosić choćby chwilkę dłużej 20 kg na plecach. Plecak zostawiam w dworcowej poczekalni i maszeruję do najbliższego punktu oferującego coś co mogłabym przyjąć na śniadanie, na które do tej pory nie miałam czasu. Niestety jest to jollibee czyli fastfood w filipińskim rozumieniu tego słowa. Do picia podają mi sprite'a z dosypanym różowym proszkiem o smaku arbuza i gałką lodów. Do jedzenia zupełnie niejadalne frytki i nieco bardziej jadalną kanapkę. Wolałabym miećl lepsze wspomnienia ostatniego posiłku na filipińskiej ziemi. Nie wiem jak podróżni orientują się, ze autobus stojący tuż za szybą poczekalni jest im przeznaczony. Ani numery na bilecie i autobusie sobie nie odpowiadają, ani rozkładowe i faktycznie godziny odjazdu. Co jakiś czas wychylam się po prostu i pytam pierwszego lepszego przechodnia czy nie wie, czy któryś z tych autobusów nie jedzie do Clark. W końcu dostaję odpowiedź twierdzącą więc pakuję się do środka wskazanego pojazdu. Za 450PHP i 2 godziny jestem na miejscu. Lotnisko-barak w Clark. Nad wejściem migoczą złowrogo czerwone kropki. Staję w kolejce do wejścia, prezentuję bilet i dokumenty. Po 45 minutach stoję pod tablicą z odlotami i zdecydowanie zbyt długo gapię się w czerwone migoczące napisy. Flight to Hong Kong is canceled. Na zewnątrz budynku jest podobno biuro linii lotniczych Tiger, którymi miałam lecieć. Dopiero po 10 minutach mojego przechadzania się tam i z powrotem przed okienkiem pojawia się uśmiechnięta Filipinka. Zmienia rezerwacę na najbliższy możliwy termin – jutrzejszy wczesny ranek. Jeśli tym razem samolotu nie dopadnie ‘technical problem’ powinnam zdążyć na przesiadkę. Miałam w Hongkongu spać, zrobić urodzinowe zakupy dla Justynki, miałam znowu najeść się pierożków Wonton tymczasem w mieście drapaczy chmur spędzę całe 1,5 godziny. Niewiele, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, ze loty nie są ze sobą skomunikowane więc muszę, wyrobić sobie wizę (nawet jeśli to 40 minut spędzonych na lotnisku), odebrać i ponownie nadać bagaż, przejść kontrolę paszportową i osobistą, znaleźć bramkę… mały poślizg tu czy tam i do domu nie dolecę bo na kupno nowego biletu na samolot póki co mnie nie stać.

Siadam na ławce, na ziemi kładę plecak. Nikogo i niczego nie ma, pustki. Tyle czasu spędziłam na załatwianiu formalności związanych z odwołanym lotem, że wszystkie autobusy zdążyły odjechać. Kursują tylko wtedy kiedy przylatuje samolot, co niestety oznacza, ze na następny kurs do miasta zdołam się załapać najwcześniej za kilka godzin. Analizuję sytuację, zupełnie spokojnie, sama siebie zadziwiam tym opanowaniem. Minę musze jednak mieć zmartwioną bo zaczepia mnie niejaki Rick, który żeby udowodnić mi swoją tożsamość, pokazuje mi amerykańskie prawo jazdy. Nie żebym jakoś specjalnie pragnęła je oglądać, mam wrażenie, że chodziło wyłącznie o to, żeby pochwalić się zagranicznym dokumentem i opowieścią o pobycie w stanach. Domyśla się, że takie opowieści robią tu na pewno spore wrażenie. Rick budzi kierowcę zaparkowanej nieopodal ciężarówki, negocjuje z nim cenę i wraca do mnie. Do dzielnicy gdzie ani kafejek internetowych ani tanich hosteli nie zabraknie docieram na pace ciężarówki taniej niż autobusem. Dostaję nawet numer Ricka na wypadek gdybym potrzebowała transportu w drugą stronę. Ponad godzinę spędzam na poszukiwaniach lepszych i w miarę dostępnych celowo lotów z Manili lub Clark do Hongkongu w kafejce z najwolniejszym internetem na świecie. W końcu czas się pogodzić z faktem, że niczego nie znajduję. Pozostaje mi trzymać kciuki za punktualność i bezusterkowość samolotu.

Po krótkich i nieudanych negocjacjach z ulicznym sprzedawcą pereł, kiedy już udało się ustalić, że ani podróbek zegarków ani sztucznych pereł kupować nie chcę zaczyna się normalna rozmowa. Chłopak pochodzi z Boracay więc gawędzimy o moim naszyjniku, ulubionych barach i miejscach. Kiedy wspominam, że szukam taniego noclegu zostawia swój kramik znajomemu i prowadzi mnie do pobliskiego budynku. Na jego schodach siedzi podstarzała kobieta w spódniczce w panterkę, blond włosach i czerwonej bluzeczce, skrzekliwym głosem proponuje na masaż. Towarzystwo na zewnątrz wróży, że w środku nie będzie wcale lepiej i faktycznie nie jest. Po klepisku kica królik. Mimo faktu, że na dworze jest jeszcze zupełnie jasno wewnątrz panują ciemności, poza drzwiami nie ma żadnego otworu wpuszczającego do środka światło. W cenniku pokoje na godziny. Bura od brudu pościel, brudne ściany, zacieki, grzyb syf, karaluchy wywołują u mnie lekki odruch wymiotny. Powtarzam sobie - to tylko jedna noc, pół nocy, kilka chwil, dasz radę, nie zastanawiaj się co na tym łóżku działo się wcześniej.

Żołądek przypomina, że od śniadania nic do niego nie wrzuciłam więc robię mały rekonesans pobliskich uliczek. Miasto jest podobno wyjątkowo niebezpieczne, dzielnica szemrana (bo pełna burdeli) więc nie odchodzę specjalnie daleko. Znajduję mała knajpę sympatycznego brytyjczyka i jego filipińskiej wesołej rodziny. Siedząc na stołku barowym, zjadając meat pie uzupełniam wpisy, piję piwo, oglądam film, czytam książkę. Obserwuję nocny klub po przeciwnej stronie ulicy. W drodze powrotnej zahaczam jeszcze o małą kawiarnię z londyńską budką telefoniczną wewnątrz i wracam spać.

Pobudka o 4. Pakuję manatki i w drogę. Miasto, mimo swojej nocnej sławy, jest puste. Jedyny tricyklowiec jakiego udało mi się zatrzymać tłumaczy, że nie wolno mu jechać na lotnisko. Muszę znaleźć taksówkę. Gdzie mam szukać – tego nie wiem więć idę przed siebie. Koło ogromnego placu zastawionego jeepneyami widać mały bar. Przy barze kilka osób sączy, zdecydowanie nie pierwsze tego wieczora, piwo. Mimo wszystko na pytanie o taksówkę reagują nad wyraz trzeźwo i bardzo pomocnie. Chwile kręcą się po placu zaglądając do kolejnych samochodów. W jednym znajdują kierowcę, którego udaje się obudzić. Negocjują cenę i już jadę, znowu zupełnie sama.

Tablica nad wejściem na lotnisku świeci dzisiaj na zielono. Póki co wszystko wygląda wspaniale. Zjadam odgrzewane w mikrofalówce bułki i parówki z lotniskowego całodobowego sklepu.

Hongkong. Wszystko biegiem. Nieustanne zerkam na zegarek. Kolejka do okienka wizowego - 40 minut czekania. Czasoprzestrzeń się zakrzywia bo zdążam nawet zamówić i zjeść zupę z makaronem i krewetkami. Bramka numer 22. Widać, że samolot leci do Rosji. Na nadgarstkach pobrzękują złote kety i zegarki, na nogach wzorki w panterkę ewentualnie różowy dres, pod nosem rozkwitają wąsy, na głowie blond kuce. Lecę, udało się! Koło mnie posziadaczka różoweg dresu wykupuje połowę artykułów z podniebnego butiku od tłustej kiełbasy (którą zresztą zaraz zjada) do biżuterii z kryształkami swarovskiego.

Moskwa, bieg z przeszkodami. Zdjemuję buta skacząc na jednej nodze. nie mam czasu! Wbiegam do samolotu. Udało się!

Warszawa. Ja doleciałam, plecak nie. Przed wejściem czekają na mnie znajome. Obiecały zabrać mnie ze sobą na wycieczkę na Śląsk, a ja przez wypełnianie druczków o zagubionym bagażu każę im czekać. Czekają cierpliwie, dzieki im wielkie za to bo inaczej zamarzłabym pewnikiem w lnaninych spodniach i crockash na jakimś polskim dworcu.

Gliwice. Zapach gołąbków.




10.01.2012



11 - 16 listopada 2011
Boracay



NazwaCenaOpis
Salido's place500 PHP za pokój z wiatrakiem
(1 PLN - 13.946 PHP)
Na nurkujących w Island Staff czekają zniżki


Dzień rozpoczynam od realizacji planu zdobycia certyfikatu PADI OWD. Poszukiwania szkoły nurkowania (Island Staff) okazują się być nad wyraz skuteczne bo przy okazji znajduję nocleg - Salido's Place będzie moim domem przez najbliższy tydzień. Przybytki łączy osoba właściciela – wiecznie nieobecnego Japończyka. Jego zastępcą, a mój instruktor Acos, proponuje całkiem przyjazną cenę za nocleg. Od dzisiaj będę więc spać w pokoju z wielkim bambusowym łóżkiem, własnym tarasem i sąsiadem w postaci Acosa, któremu zdarza się na wspomnianym wcześniej tarasie pojawiać o różnych porach dnia i nocy. Na każdy z 4 kursowych dni składa się jedno nurkowanie na płytkiej wodzie (ćwiczenia) i jedno pełnomorskie (DżizusKurwaJaPierdole), odcinek, lub dwa filmu szkoleniowego i krótki quiz pod jego koniec. Sezon jeszcze się nie rozpoczął więc jestem jedyną kursantką, oprócz mnie 4 osoby z obsługi - instruktor, chłopak noszący sprzęt na łódkę, kolejny odbierający i konserwujący sprzęt po naszym powrocie i jeszcze kapitan łódki dostarczającej nas na nurkowe spoty.

Dni spędzam nurkując, ucząc się teorii na plaży, pracując nad kolorytem skóry, czytając książkę i wreszcie pisząc egzamin (na własnym tarasie). Żywię się potrawami sprzedawanymi na ulicznych straganach. Na stragan składa się grill, kawałek bambusa z wbitymi weń patyczkami, na które nadziane są niewielkie porcje mięsa i podrobów. Staram się za każdym razem dokonać innego wyboru bo jest z czego wybierać - kurze jelita nadziewane bógWieCzym, serca, wieprzowa skóra, rybne kulki i cała masą innych patykowych przysmaków, których nie potrafię zidentyfikować. Sprzedawca kładzie wybrane kąski na grillu zapamiętale wachlując. Pozostaje nam tylko podjąć decyzję z jakim sosem chcemy skonsumować pyszności i już za kilka chwil można się zajadać. Przy odrobinie szczęścia, w porze lunchowej, trafić się możę darmowy posiłek w postaci świeżego kokosa. Wystarczy odpowiednio uważnie przyglądać się operacji ich zrywania, a jeden z owoców palmy wyląduje w naszych rękach. Pierwszy etap spożywania świeżego kokosa (buko) to wypicie kokosowego mleczka. Maczetą ścinany jest niewielki kawałek owocu tak, żeby otwór nie spowodował zbyt dużej utraty słodkiego płyny, a jednocześnie nie utrudniał picia. Kiedy kończy się część płynna odrąbuje się większy fragment skorupy. Górnej części można używać jak łopatki do oddzielania wilgotnego miąższu od twardego zewnętrza kokosa. Wszystko za jeden uśmiech.

Jest jednak jeden dzień inny od pozostałych bo całkowicie mokry. Jedyne dwie wycieczki poza własny pokój odbywam do pobliskiej knajpki, żeby zjeść i poczytać. Jest to możliwe tylko dlatego, że ogromny czarny parasol pożyczony z hostelu chroni mnie przed ulewą. Tu muszę uściślić co mam na myśli pisząc ulewa. Z nieba sypią się ogromne krople i nie przestają nawet na moment. Wszystkie dachy przeciekają, po ulicach, ścieżkach płyną rzeki. Na podwórku pod moim oknem znad tafli wody wystaje jedynie kamienny stolik i wierzch krzeseł. Resztę zalała woda. Po kilku godzinach padania jest jej dobre kilkanaście cm w każdym miejscu, z którego nie jest w stanie uciec. Deszcz robi tyle hałasu, że nie słyszę własnych myśli. Widoczność ogranicza się do 5m, dalej jest biała mokra ściana. Podstawianie pod kapiące dachy wiadra zapełniają się w 15 minut, stojące na plaży łódki są pełne wody po brzegi…
W taką pogodę na wyspie ciężko wymyślić sobie jakieś zajęcie więc trochę się nudzę i mam za dużo czasu na myślenie a to nigdy nie jest dobre. Zaczynam się martwić - wszystkie loty do Manili odwołane, do jutra albo umrę z nudów albo przegapię lot do Hongkongu…

To co odróżnia od siebie kolejne doby to wieczory. Jeden spędzam z zaprzyjaźnionym instruktorem Acosem, który zaprasza mnie brandy Emperador i kolację w towarzystwie wszystkich pracowników Salido’s Place. Jest całkiem smacznie, wesoło, szczególnie kiedy pochodzący z RPA, uśmiechnięty od ucha do ucha, jegomość, mimo braku umiejętności posługiwania się językiem angielskim (a raczej właśnie dlatego) jest zmuszany do służenia za tłumacza symultanicznego filipińsko-angielskiego. Jest wieczór-bis spędzony na dachu, z którego już raz gapiłam się w niebo, pełen opowieści o nietypowych zainteresowaniach, o księdze guinessa i rozlicznych problemach wynikających z kolekcjonowania żabich rekwizytów. Wieczór nie kończący się wcale na dachu, tam gdzie skończyć się powinien, ale w marnej dyskotece, do której zaciąga mnie Lin. Kolejny wieczór, który sponsoruje literka M. M jak masaż. Na jego wspomnienia, a w szczególności zaś masującego LadyBoya, kogoś będą przeszywały dreszcze, a mnie pojawiał się uśmiech na twarzy. Na deser kilka wieczorów w Tree house i okolicach. Caroline, której knajpiani grajkowie zaśpiewają ‘In my mind I’m gone to Carolina’ popłacze się ze wzruszenia. Bianka, w prezencie urodzinowym, dostanie pokaz tańców plemiennych. Piotr ogra Acosa w pokera. Daniel wychyli o jednego drinka urodzinowego za dużo i straci kontakt z rzeczywistością. Ja, w nagrodę za zdania egzaminu na piątkę w koronie, dostanę łapacz koszmarów. Camilo wszystkie oszczędności wyda na dokarmianie miejscowych dzieciaków. Jacob przegra ze mną konkurs jedzenia papryczek chili. Easy zakocha się w instruktorce nurkowania. Anna wykaże się niebywałą wyrozumiałością i prześpi noc na podłodze.

Ciekawostka. Okazuje się, że nie tylko nacje kojarzone z piciem dużych ilości alkoholu mają swoje drinking games. Trafiam na wieczór z jedną z nich. Wokół szklanki układa się okrąg z kart. Gracze kolejno wyciągają karty tak, żeby nie przerwać karcianego kręgu. Za to przewinienie grozi bowiem kara - wypicie własnego drinka do dna. Resztę zasad znajdziecie w tabelce poniżej:

KartaUżycieNazwa opis
AS w dowolym momencieAngry MooseOstatnia osoba, która podniesie do głowy rozstawione w rogi łosia dłonie pije.
2 od razu YouWyznaczasz pijącego.
3 od razu MePijesz Ty.
4 w dowolym momencie Freeze masterZastygasz. Kto ostatni pójdzie w Twoje ślady pije.
5 od razu GuysPiją panowie
6 od razu GirlsPiją panie
7 w dowolym momencie Thumb masterKładziesz kciuk na krawędzi stołu. Ostatnia osoba, która powtórzy Twój ruch pije.
8 od razu Pick a MateWybierz towarzysza. Towarzysz pije wtedy kiedy pijesz Ty.
9 od razu RhymeZaczynasz rymowankę. Każda kolejna osoba dokłada rymujący się wers. Pije ten kto nie znajdzie rymu lub powtórzy już wcześniej użyty wyraz.
10 od razu CategoriesWybierasz kategorię. Każda kolejna osoba wymawia słowo z wybranej kategorii. Pierwsza, która słowa nie znajdzie albo powtórzy już wcześniej użyte pije.
Walet w dowolym momencie Snake eyesKartę przyklejasz do czoła. Każda osoba, która spojrzy Ci w oczy pije. Karta jest ważna dopóki nie odklei się z czoła lub ktoś inny nie wylosuje waleta.
Dama w dowolym momencie Question masterKażdy kto odpowie na dowolne zadane przez Ciebie pytanie pije. Karta jest ważna dopóki ktoś inny nie wylosuje damy.
Królod razuMake a rule


King of Cup
Wymyśl regułę np. Pijemy prawą ręką. Każdy kto się do niej nie zastosuje pije. Reguły ważne są do końca rozgrywki.

Wszyscy uczestnicy dolewają swoje drinki do naczynia postawionego na środku kręgu z kart. Osoba, która wyciągnie ostatniego z czterech króli wypija całą zawartość naczynia.




Ciągle pada! Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu



game of thumbs



i niestraszna mi wichura ni ulewa



piwo biesiadne



nie wszystkie nudzą się w czasie deszczu



rozwalisz mi fryzurę



home sweet home



patyczaki



Now that it's raining more than ever



Emperador



zając poziomka



ta dżdża